Jasno postawiona barykada – wywiad z wikariuszem parafii MBNP, ks. Zbigniewem Rozmysłem

O powołaniu, kapłańskiej drodze, fascynacji Żołnierzami Wyklętymi i spotkaniu ze Świętym Janem Pawłem II – ks. Zbigniew Rozmysł w rozmowie z Dariuszem Magierem i Jakubem Hapką.

/Wchodzimy do głównego pokoju księdza na plebanii. Na ścianach m.in. Piłsudski, wizerunki Żołnierzy Wyklętych. /

J.H. : Zostaje ksiądz w naszej parafii?

Tak, zostaję jeszcze. Odchodzą pozostali wikariusze. Ksiądz Mariusz idzie na studia do Warszawy i będzie pracował w organizacji  „Kirche in Not” (Kościół w potrzebie), natomiast ks. Marek przechodzi do parafii Bł. Honorata w Białej Podlaskiej.

J.H. : Czy mógłby ksiądz opowiedzieć nam coś o sobie, o swojej rodzinnej ziemi?

Pochodzę z Ostrowa Lubelskiego. Z ziemi naznaczonej walkami o Polskę – zarówno w czasie Powstania Styczniowego, jak i później II wojny światowej. Jest tam wiele miejsc, które świadczą o tym, że mieszkańcy Ostrowa jakoś szczególnie się w te zrywy włączali. Czytałem również świadectwa unitów podlaskich z mojej rodzinnej parafii, którzy trzeba przyznać, byli bardzo mężni, broniąc swojej wiary… Pochodzę więc z miejscowości, która ma wielkie tradycje religijne i patriotyczne. Tam jest moje  korzenie i coraz bardziej je doceniam.

D.M. : Dotychczas w jakich był ksiądz parafiach?

W Kłoczewie, w Siedlcach, w Białej Podlaskiej, w Rykach i tutaj.

D.M. : To ile już lat u nas?

Cztery lata.

J.H. : Jak rozwijało się powołanie do kapłaństwa?

Myślę, że bardzo zwyczajnie. Pierwsze myśli, by pójść do seminarium pojawiły się pod koniec szkoły średniej, kiedy mój ksiądz prefekt, zaproponował mi wyjazd na rekolekcje do Seminarium Duchownego w czasie zimowych ferii. Ja miałem troszeczkę inne plany – chciałem iść do Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu. Zawsze moim pragnieniem było być żołnierzem i służenie w poddziałach spadochronowych. Natomiast odskocznią od szarości szkolnego życia, miały być właśnie rekolekcje. Tam zobaczyłem trochę inny świat, inne wartości, które bardzo mnie pociągały. Jeszcze jednym, ciekawym elementem było to, że w szkole średniej grałem w zespole muzycznym i mój profesor, kiedy wracaliśmy z jakiegoś występu z okazji Dnia Górnika, zapytał „Gdzie ty idziesz na studia?”. Ja powiedziałem, że chcę do Wrocławia, do Szkoły Oficerskiej. A on mówi: „Wiesz co, ja też, kiedyś w młodości, złożyłem papiery do Szkoły Oficerskiej, a mój ojciec mnie zabrał i pojechał do konserwatorium. Wiedział, co robi…”. I wtedy te słowa mnie zastanowiły. Dlaczego on tak powiedział? Dlaczego nie był zachwycony moimi planami i kierował moją myśl na co innego. Tu powstała taka wątpliwość, która została potwierdzona przez doświadczenia życiowe, poprzez rekolekcje, spotkania z księżmi. Gdzieś poszło to w tym kierunku, że złożyłem papiery do seminarium. Nie bez znaczenia były autorytety: księża proboszczowie i katecheci, oraz rodzice. Dawali piękne świadectwo. No i pielgrzymka piesza, w której uczestniczyłem przed seminarium, sprawiła że poszedłem drogą kapłaństwa.

J. H.: Pierwsze wrażenia po przybyciu na radzyńską parafię…

Zauważyłem, że w większości ludzie tutaj są bardzo przywiązani do parafii, do świątyni, do Kościoła. Bardzo licznie przystępują do sakramentów. Niektórych spotyka się na modlitwie prawie każdego dnia. To jest bardzo budujące i świadczące o bogatym życiu duchowym mieszkańców Radzynia. Muszę zresztą przyznać że tu, w Radzyniu, pracowali charyzmatyczni księża, którzy, jeśli chodzi o pracę duszpasterską, wkładali w to bardzo dużo wysiłku. Radzyń był znany w całej diecezji, że działała tu niezwykle prężnie Oaza i inne wspólnoty młodzieżowe. Także takie wspólnoty jak Legion Maryi, Koła Żywego Różańca, czy Franciszkański Zakon Świeckich oraz inne, to nieocenione bogactwo duchowe naszego miasta i okolic.

DSC_0038 J. H.: Skąd fascynacja Żołnierzami Wyklętymi? Czy nasza historia od zawsze była księdza konikiem?

Tak, bardzo ją lubiłem, dobrze się uczyłem z historii. Lubiłem ją poznawać, dużo czytałem. Natomiast Żołnierze Wyklęci pojawili się w już latach 80-tych w mojej świadomości i to dość przypadkowo. Był pewien romantyzm w tym poznaniu Wyklętych. Skąd się to wzięło?

Kiedyś moja pani od historii, w szkole średniej, poprosiła bym porozmawiał z kombatantem, zrobił z nim wywiad. Taka praca na ocenę bardzo dobrą. Poprosiłem mego śp. ojca, żeby wskazał mi, z kim mogę porozmawiać, kto by mi poopowiadał. Ojciec chwilę pomyślał wziął, jakiś „męski drobiazg” dla gospodarza i pojechaliśmy do wioski, niezbyt daleko ale za lasem, do skromnego domku na uboczu. Mieszkał tam starszy pan. Zdziwił się, że odwiedziliśmy go o tej porze, bo był już wieczór. Ale jako że znał mojego ojca chętnie zgodził się na udzielenie „wywiadu” małolatowi. Pokazał nam swoje medale .Okazało że był żołnierzem AK, jako ochotnik zgłosił się do II Armii Wojska Polskiego, przeszedł z nią szlak bojowy z Lubelszczyzny aż do Berlina. Nie opowiadał o tym jakoś zbyt ciekawie. Ale…..

….kiedy trochę czasu minęło, nagle z jego ust popłynęły słowa, o których ja nie miałem zielonego pojęcia. W oczach starszego pana pojawił się blask i zaczęły padać pseudonimy „Żelazny”, „Jastrząb”, „Uskok”, „Zapora”. Zaczęli sobie z moim ojcem opowiadać o ich akcjach i walce z UB. Dosłownie zgłupiałem. Nie wiedziałem, skąd mój ojciec zna takie fakty? Z przejęciem opowiadali sobie akcje, które wykonał porucznik „Żelazny” czy „Jastrząb” we Włodawie, w Parczewie i innych miejscach. Jak dokonywali akcji odwetowych. To kim był i co robił „Uskok”, gdzie działał. Jak zginął. To było dla czymś niesamowitym. Widać w nich było fascynację, a także wielki szacunek do tych ludzi. Ja dotychczas nigdy nie słyszałem o takich wydarzeniach, nikt o tym nie mówił. W szkole nie mogło być o tym mowy, nawet w życiu codziennym nigdy się nie słyszało. A tutaj nagle taka rzeczywistość! Coś niezwykłego. Porobiłem notatki i potem chciałem to przedstawić jako referat w klasie. Zapytałem pani profesor, czy mogę to przedstawić. Ona przeczytała, popatrzyła i mówi: „Wiesz co, Zbyszek? Weź ty sobie znajdź innego kombatanta. No i musiałem sobie znaleźć innego – był w LWP. Notabene był to mój sąsiad, człowiek zacny i szlachetny. Niemniej jednak już tego rodzaju „elementów” i „smaczków” nie było.

To zostało potem w moim sercu – pamięć o tych Wielkich Ludziach. Gdy byłem w seminarium przeczytałem książki Henryka Pająka, Były wydawane w drugim obiegu: „Uskok” kontra UB; „Jastrząb” i ‚Żelazny” kontra UB – to były pierwsze, takie „spiżowe” wydawnictwa na temat Żołnierzy Wyklętych. To mnie jakoś ruszyło. Zacząłem o nich myśleć, zaczęło mnie to interesować. Kiedy pracowałem w Siedlcach, dowiedziałem się, że w Siemieniu, w moich rodzinnych stronach, znajduje się grób „Jastrzębia” – Leona Taraszkiewicza. I kiedy przejeżdżałem z młodzieżą, prowadząc rajd rowerowy, coś mnie tknęło, żeby pójść na ten cmentarz i zapytałem pierwszą z brzegu osobę: Gdzie leży „Jastrząb”? Nie mówiłem po nazwisku. A ta kobieta mówi: Tam, między dwoma krzewami- pokazując kierunek. I tam poszedłem. Stanęliśmy z młodzieżą nad grobem, pomodliliśmy się, opowiedziałem im pokrótce historię „Jastrzębia”. Od tamtej pory kiedy tylko mogę, zachodzę na siemieński cmentarz by się w modlitwie pokłonić Panu Taraszkiewiczowi. Drugim takim miejscem jest „Kwatera Ł” na Powązkach. Bardzo lubię tam jeździć i modlić się. Za naszych chłopców. Mógłbym tam siedzieć godzinami.

D. M.: Dużą rolę odgrywają też tereny, na jakich żyjemy – ten partyzancki, antykomunistyczny ruch był tu bardzo silny…

Ja byłem wychowany w domu, gdzie – powiedzmy – „barykada” była bardzo wyraźnie postawiona. Przy rozmowach z ojcem, on bardzo jasno wskazywał, gdzie jest nasze miejsce, skąd jesteśmy i co jest najważniejsze. Pamiętam, że był bardzo zdegustowany mną, kiedy na prośbę pani od historii zgodziłem się wziąć udział w konkursie wiedzy o PZPR. Nie był zbyt zadowolony (śmiech).

To byli ludzie prości, nie jacyś tam ideowi, walczący z komunizmem. Żyli w swoich rodzinach, skromnych domach, pracowali na roli, czy gdzie indziej, ale wiedzieli, po której są stronie barykady . To się odczuwało, ta niechęć do komunizmu, do narzuconej nam zarazy, była bardzo wyraźna w moim domu, w rodzinie, u sąsiadów. To było jednoznaczne, tam nie było innych postaw.

J. H.: W księdza kazaniach nie brakuje odwołań do obecnej sytuacji w naszej ojczyźnie, mówi ksiądz o zagrożeniach i antywzorcach. Dlaczego część duchownych w swoich homiliach szerokim łukiem omija te tematy? Przecież ich wierni żyją w konkretnej sytuacji i szukają drogowskazów?

Trudno mi oceniać czy też przyłożyć jakąś miarę, ale wydaje mi się że ta tematyka jest poruszana przez duszpasterzy i to coraz bardziej. Na pewno takie wystąpienia wymagają bardzo precyzyjnego słownictwa i przygotowania. Nie zawsze jest taka potrzeba, czy też czas by tego rodzaju homilie głosić. Wiem jednak z rozmów, że ogromna większość księży przeżywa głęboko, skomplikowaną pod wieloma względami, obecną sytuację w naszej ojczyźnie. Myślę że też starają się o tym mówić swoim wiernym.

Mam to szczęście, że pochodzę z parafii, gdzie pracowali księża naprawdę charyzmatyczni. Moim prefektem był ks. Sławomir Żarski, późniejszy pułkownik, kapelan Wojska Polskiego, który zasłynął z tego, że został zwolniony przez prezydenta Komorowskiego za to, że powiedział „za bardzo patriotyczne” kazanie, które nie spodobało się prezydentowi. Widać było w nim wielkiego ducha, a także moc słowa. Byli także inni księża, którzy w czasie stanu wojennego i później w latach 80-tych, z odwagą i bezkompromisowością poruszali problemy społeczne, dotyczące aroganckiego postępowania władzy. Byli wzorem, bardzo mężni, odważni, mimo, że potem byli wzywani na milicję, prześladowani i inwigilowani. W mojej ocenie są godni najwyższego szacunku.

DSC_0046

D.M.: Jest dzisiaj taka metoda, bardzo popularna, zagłuszania głosu księży, zmuszania ich do autocenzury – zarzut „angażowania się Kościoła w politykę”. Co ksiądz o tym myśli?

To był zawsze argument komunistów. Zarzucali to, by zdyskredytować Kościół  i kapłanów, którzy głosili piękne kazania, i wzywali naród do przebudzenia. To było bardzo istotne, by budzić ludzi z tego marazmu i czerwonej zarazy, która pętała ich umysły i serca. Kościół był jedynym takim miejscem oporu. Dziś też chce się narzucić myślowo, całemu narodowi istnienie dwóch różnych, nieprzenikających się sfer: sacrum i profanum. Liberalna władza i podległe jej media, powtarzają z uporem, że Kościołowi nie wolno się wtrącać w tą sferę profanum, a działać tylko w sferze sacrum i to cichutko.

D.M.: Nie ma czegoś takiego, jak polityka stricte. Nie ma polityki bez religii, bez kultury, bez światopoglądu. Jeśli są stronnictwa polityczne, które zwalczają religię, rozbijają rodziny, promują dewiacje seksualne to czy wyobrażalny jest brak reakcji Kościoła?

Brak reakcji byłby kompletnym zaniechaniem, coś byłoby nie tak.  W Radzyniu spotykałem się z tym, że gdy podczas kazań lub spotkań takie tematy były poruszane, to ludzie przychodzili i dziękowali. I prosili: „Tego nam potrzeba, trzeba o tym mówić”. Sami parafianie prosili o to, by o tym częściej mówić, bo to jest ważne, bo szerzej tego nie słyszą. To dodaje odwagi, kiedy słyszą takie słowa z ambony, gdy poruszane są przez księdza, który pewne rzeczy wyjaśnia, odnosi do Ewangelii, nauki społecznej Kościoła. Czują się mocniejsi, czują wsparcie w swoich poglądach.

D.M.: To ksiądz jest pomysłodawcą tego ruchu, jakim jest „Radzyń Wyklęty”. Zaczęło się to…

1 marca, trzy lata temu. Wtedy coś mnie tknęło. Otrzymaliśmy państwowe święto ogłoszone przez prezydenta. Nagle Polacy zaczęli, w sposób otwarty i oficjalny, mówić o naszych bohaterach. Uznałem, że muszę się w to włączyć. Moją inicjatywą było wykonanie multimedialnej  Drogi Krzyżowej Żołnierzy Wyklętych. To był początek. Za aprobatą i pomocą Ks. Proboszcza, zorganizowano Dzień Pamięci i Modlitwy za Żołnierzy Wyklętych, w naszym Sanktuarium. Była specjalna Msza św. Poprosiłem Ciebie Darku i Twego studenta, dra Krystiana Pielachę o to, byście wygłosili referaty o Żołnierzach Wyklętych. Zostały wtedy zaproszone grupy rekonstrukcyjne. Potem było spotkanie w dolnym kościele z kombatantami i grupami rekonstrukcyjnymi. To była wspólna potrzeba wielu  ludzi, którzy chcieli walczyć o pamięć naszych bohaterów, którzy czuli, że tak powinno być. Duch Boży tchnął, że zebraliśmy się, zorganizowaliśmy, wyznaczyli spotkania i pewien kierunek naszych działań.. To ruszyło…

D.M.: Często jest tak, że jest pewien ukryty potencjał. Potrzeba tylko iskry, która z tego potencjału wyzwoli działanie. Zdaje się, że to ksiądz wzniecił  tę iskrę, potencjał się wyzwolił… To, co się potem wydarzyło, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Zaraz potem rozpoczęliśmy nasze  comiesięczne spotkania historyczne. Następnie facebook’owy profil „Radzyń Wyklęty”, zdominowany przez młodzież z gimnazjum, nastolatków i ludzi młodych, którzy w tym wszystkim uczestniczą i grają główne skrzypce. To nadzieja na przyszłość.

Obserwowałem ferment w  internecie i aktywność publicystyczną wielu ciekawych i mądrych ludzi. Wtedy  zrodził się  pomysł, by ich zapraszać na spotkania, gdzie będziemy poznawać historię Polski i jej niuanse. Gorącym orędownikiem spotkań, był ks. Proboszcz który widział potrzebę ożywienia  ducha patriotycznego i pogłębienia wiedzy  historycznej w naszej parafii. Podkreślić należy też zaangażowania wielu członków „Radzynia Wyklętego”. Pięknie włączyli się też koledzy z Ruchu Narodowego, którzy byli niesamowitą podporą w organizacji. A potem reakcja ludzi, którzy mówią: „Bardzo nam tego potrzeba, prosimy o więcej.”. Ogromną satysfakcją i siłą do działania była ich radość, że mogli uczestniczyć w tych spotkaniach, nabyć książkę, dowiedzieć się czegoś nowego. Nagle stworzyła się grupa, przeszło 100 osób, którzy co miesiąc byli ubogacani żywym kontaktem z autorami, naprawdę niezłego formatu

D.M.: Ludzie widzą swoją siłę, gdy się zobaczą i policzą. Wielu jest takich, którzy mają podobne poglądy, ale jak są rozproszeni po domach, to myślą: „Co ja sam mogę zrobić?”. Ale jak oni się spotkają i zobaczą, że jest ich 150 osób – no to już jest siła. Zresztą została uzewnętrzniona w naszych Marszach Żołnierzy Wyklętych

Tak, to była inicjatywa wieńcząca wszystkie poprzednie nasze działania.

D.M.: Był wysiłek organizacyjny, obawy, czy ludzie przyjdą. A teraz w Radzyniu już pewnie nie wyobrażamy sobie, że 1 marca każdego roku może Marszu nie być.

Tworzymy nowe sytuacje, nową rzeczywistość. Ale i pewną tradycję, która jest dobra i daje siłę ludziom. Angażują się w to zwłaszcza ludzie młodzi, Zobaczyliśmy na przykład kibiców naszych Orląt i innych klubów, jak są zaangażowani w Marsz Żołnierzy Wyklętych. Dzięki temu wielu może spojrzeć na tych młodych ludzi zupełnie inaczej, nie tak jak ich pokazują rządowe media, ale jak na patriotów, ludzi mężnych i zdyscyplinowanych.

D.M.: Potem było Zrzeszenie „Wolność i Niezawisłość”, którego kapelanem ksiądz został. 

To była inicjatywa Komendy Inspektoratu, która poprosiła o to księdza biskupa Zbigniewa Kiernikowskiego. Wystosowali specjalne podanie, potwierdzone przez ks. proboszcza, by był ksiądz, który będzie miał posługę duszpasterską dla Zrzeszenia WiN. Ksiądz biskup początkowo był zdziwiony – podejrzewam, że nie spotkał się z czymś takim w naszej diecezji. Ale stwierdził, że  tego rodzaju posługa jest  potrzebna, wydał specjalny dekret. I tak zostałem.

D.M. : Jakie są przejawy tej opieki duszpasterskiej?

Jest to zaszczytna rola – bycie kapelanem w Zrzeszeniu, które kultywuje pamięć naszych wielkich bohaterów. Rozważałem swoją w tym rolę. Posługa sakramentalna i opieka duchowa, a także formacja tych, którzy do tego Zrzeszenia należą. Czytałem różne wspomnienia kapłanów , będących kapelanami, w oddziałach partyzanckich, czy w czasie wojny, czy po 1944 r. Tam jasno było pokazane że ich rolą była posługa sakramentalna i formacyjna, edukacyjna. Poszedłem w tą stronę.

Organizujemy dni skupienia czy też nabożeństwa, które są sprawowane w intencji poległych żołnierzy podziemia antykomunistycznego. Są spotkania opłatkowe i modlitewne, no i oczywiście edukacyjne. Są też przypadki, że młodzi ludzie przychodzą, chcą rozmawiać, poradzić się. Chcą duchowego wsparcia w sakramencie pokuty. Staram się mieć dla nich czas, gdy o to proszą. Bardzo mnie to cieszy  – że przychodzą do swojego księdza. Mam nadzieję że chociaż trochę mogę pomóc.

J. H.: Proszę księdza, zwróciłem uwagę na wiszące na ścianie zdjęcie młodego kleryka z papieżem Janem Pawłem II…

Tak, to byłem ja, 30 kilo młodszy (śmiech). W Rzymie, na beatyfikacji Męczenników Podlaskich w ’96 roku. Byłem asyście liturgicznej i trzymałem mitrę papieską. To było wydarzenie niesamowite w życiu młodego człowieka, tym bardziej że Ten, któremu posługiwałem jest dzisiaj Świętym.

ksiądz zbyszek

J. H.: Pamiętam księdza kazanie z okazji poświęcenia sztandaru wsi Biała. Zacytował ksiądz wtedy obszerny i bardzo wzruszający fragment z Krzyżaków Sienkiewicza, o chorągwi, której nie dano upaść. Jak przygotowuje się ks. do kazań?

Zawsze czytam Słowo Boże, a następnie komentarze i różne myśli z tym związane.. Nie po to, by wszystko cytować, raczej by znaleźć jakąś myśl i ją rozwinąć. Są też sytuacje specyficzne, kiedy trzeba powiedzieć parę zdań właśnie z takiej okazji, jak poświęcenie chorągwi, czy na Dzień Żołnierzy Wyklętych. Wtedy czytam więcej, szukam różnych materiałów. Szukam wśród wielu autorów, by coś więcej przedstawić, by miało to jakieś głębokie odniesienie. I zazwyczaj to wywołuje odpowiedni skutek. Bywa, że czasami ludzie przychodzą po kazaniu i proszą o źródła, by mogli sami sobie coś jeszcze doczytać.

DSC_0049

J. H.: Co ksiądz obecnie czyta, ale tak dla siebie?

Bardzo ciekawią mnie  i staram się zgłębiać dzieła Romana Dmowskiego. Czytam jego wypowiedzi, ponieważ wydają mi się  bardzo aktualne w dzisiejszych czasach. Staram się oczywiście poznawać historie Żołnierzy Wyklętych. To jest mój konik, lubię to czytać, chociaż często ze smutkiem, wiadomo, że życiorysy wielu Wyklętych kończyły się bardzo dramatycznie, czy wręcz tragicznie. Ale czytam je , by szukać inspiracji do wychowania młodego pokolenia. Uczę w szkole, która jest – jako pierwsza w Polsce – imienia „Żołnierzy Wyklętych”. Pokazać ich jako przykłady, pewne wzorce do naśladowania. To jest dla mnie ważne i staram się to pogłębiać.  Czytam też sporo publicystyki, która  odnosi się do dzisiejszego życia

D.M.: A wzorce duchowe czy patriotyczne, które są dla księdza drogowskazami?

Taką postacią pośród wielu innych był ks. Władysław Gurgacz, kapelan jednego z oddziałów podziemia antykomunistycznego na Podbeskidziu. Znalazłem o nim książkę, tam są jego kazania, rekolekcje, które głosił. Bardzo ciekawe, bardzo mądre myśli. Te słowa można spokojnie kierować do współcześnie żyjących ludzi. Był postacią dramatyczną, przez swoje zaangażowanie w ruch oporu, niezbyt akceptowany przez swoich przełożonych. Był jezuitą, zobowiązanym do posłuszeństwa przełożonym a jednocześnie czuł potrzebę opieki duchowej nad tymi młodymi ludźmi, którzy stanęli do walki z komunistami. Czuł, że trzeba otoczyć ich duchową opieką, by nie zostali bandytami. Nie zeszli na złą drogę, bo to była bardzo cienka linia. Motywował ich i pokazywał, które zachowania są złe, bandyckie, a które właściwe. I od wielu rzeczy ich odwodził. To niesamowita postać i czasami o nim wspominam podczas kazań. Przywoływałem jego postać i słowa, by pokazać jak ważna jest rola kapłana w formowaniu patriotyzmu.

DSC_0040

J.H.: Nie wiem, czy nasi Czytelnicy zdają sobie sprawę, że ks. Zbigniew całkiem nieźle śpiewa. Wiem to z autopsji, gdyż wspomaga nas na środowych próbach chóru. Proszę księdza, jak wrażenia po musicalu „Mamma mia!”,  na który wybrał się ksiądz razem z chórem?

Jestem muzykiem-amatorem, byłem w Szkole Górniczej w latach 80-tych, a w tamtych czasach starano się w tych szkołach, by obok kształcenia w zawodzie, uczyć muzyki i innych fajnych umiejętności. Grałem w orkiestrze górniczej, jestem krypto-trębaczem (śmiech). Dość dobrze grałem na trąbce, gram na gitarze. Jak jest słuch muzyczny, to wiadomo, że człowiek także śpiewa. Jest to przydatne, zresztą jeden zacny kapłan, kiedy odchodziłem do seminarium, wspomniał, iż pośród wielu umiejętności, które się w życiu w seminarium przydadzą, są dwie najważniejsze – języki i śpiew.

Jeśli chodzi o musical – chciałem to zorganizować jako formę podziękowania chórowi, za jego pracę, zaangażowanie w parafii. Myślę, że był bardzo udany. Trzeba przyznać ,że piosenki zespołu ABBA są ponadczasowe.

D.M. : Skoro o muzyce mowa, to jakiej muzyki lubi ksiądz słuchać?

Niewątpliwie muzyka takich zespołów jak The Police, U2, Dire Straits czy dawno temu Depeche Mode. Ostatnio bardzo lubię słuchać zespołu Celtic Woman. Z polskich – na pewno Budka Suflera, czyli lata młodości. A obecnie bardzo lubię wykonawców muzyki patriotycznej, jak Lech Makowiecki czy pan Andrzej Kołakowski. Ich piosenki są tak wspaniałe, że staram się  ich uczyć młodzież. Niosą wartości, pokazują ciekawe odniesienia historyczne.

Dziękujemy za rozmowę.

Jakub Hapka

Na portalu od jesieni 2012 r. Najpierw jako felietonista, od maja 2015 redaktor naczelny. Absolwent polonistyki UMCS. Fan futbolu.

Ogłoszenia parafialne (21-27.VI) oraz zdjęcia z prac przy plebanii w parafii MBNP

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Ambasadorzy Radzynia

komentarze 3

  1. Adam Świć
    22/06/2015

    Jeszcze nie widziałem ouzo w takiej butelce.

  2. Adam Świć
    22/06/2015

    A tak poważnie to cieszę się, ze ksiądz Zbigniew zostaje w Radzyniu.

  3. Artur Rogalski
    22/06/2015

    Panowie! To już przekracza wszelkie granice i normy! Na kruchy lód wstąpiliście! Znów się popija! I znów publicznie, w blasku jupiterów! Żeby to jeszcze sok jabłkowy jak poprzednio…. Ale czem skorupka za młodu nasiąknie – no i mleczka się Panom zachciało. Przyznajcie się też, że chcecie wyłudzić od kolejnej znanej alkofirmy za lokowanie produktu. Może innych oczy zawodzą ale u mnie wzrok sokoli i zobaczyłem co tam na szklance firma o imieniu Jack (o nazwisku już nie wspomnę) wymalowała. Ale to wszystko sprawy drobne. Ja się pytam w sprawach kluczowych i odpowiedzi żądam: Czy – zakładając, że sami wydoiliście krowę – krowa zapłaciła za lokowanie jej produktu? Czy o takiej formie promocji wie rozlewający, czyli mleczarnia?

Skomentuj