O rutynie nie ma mowy- wywiad z Wójtem Gminy Wohyń, Stanisławem Jóźwikiem - RadzyńINFORadzyńINFO
banner

O rutynie nie ma mowy- wywiad z Wójtem Gminy Wohyń, Stanisławem Jóźwikiem

O tym, że warto inwestować w młodych, dlaczego zając nie potrzebuje gazu, co można dogonić, gdy za bardzo „leci się do przodu”i  zarzucie budowania lotniska na rynku. A także o tym, kto chce nocować w MCK w Suchowoli, modzie na chwyt i duszenie; szoku, który wywołała kobieta za biurkiem, tureckim kazaniu i jak udało się zapakować w ładę tonę kradzionych truskawek. Przede wszystkim o hierarchii celów – z Wójtem Gminy Wohyń, Stanisławem Jóźwikiem rozmawiają Józef Korulczyk i Jakub Hapka.

J.K.:  Proszę powiedzieć naszym czytelnikom parę słów o sobie.

Urodziłem się w 1945 roku, 3 lutego minęły 73 lata. Troszeczkę się przeżyło na tym świecie. Urodziłem się w Ostrówkach i tam uczęszczałem do Szkoły Podstawowej. Liceum w Komarówce, po liceum-  Politechnika Warszawska, Wydział Mechaniczny Energetyki i Lotnictwa, specjalność –  aparatura przemysłowa.

Lata 70-te XX wieku to w Polsce rozwój przemysłu ciężkiego, a także przemysłu chemicznego. Zapotrzebowanie na kadrę inżynierską ze znajomością aparatury przemysłowej było duże, może więc dlatego nie wybrałem specjalności lotniczej, a aparaturę przemysłową.

Na wydziale MEiL taka specjalność istniała więc po trzech latach kształcenia „ogólnego“( 6 semestrów matematyki, fizyka, mechanika, części maszyn, geometria wykreślna, wytrzymałość materiałów) można było przejść do kształcenia w danej specjalności.

W pracy wójta przydaje mi się aparatura przemysłowa. Wójt zajmuje się a to kanalizacją, wodociągami, a to oczyszczalnią… Wiem, że woda pod górę nie popłynie sama, czyli coś to ze studiów zostało (śmiech).

Te rzeczy absolutnie nie są mi obce,  nie mam problemu z czytaniem projektów. W ramach studiów trzeba było przecież wykonywać projekty np. wyparki do produkcji cukru czy kolumny rektyfikacyjnej do produkcji spirytusu, pompy wirowej do pompowania cieczy żrących itp. Ba, podpowiadam czasem nawet, co trzeba w danym projekcie zmienić, żeby było lepiej.

Podobna sytuacja w budownictwie, budowa hali sportowej, łącznika między halą a pozostałą częścią szkoły w Wohyniu wymagała wiedzy z dziedziny budownictwa. Ponieważ mam żonę – inżyniera budowlanego, także budownictwo praktyczne i projektowanie, wykonawstwo – w domu na co dzień.. To się przydaje do funkcji wójta. Były potrzeby budowania, a pojawiły się warunki finansowe (dotacje unijne) nie było wyboru –  trzeba było budować.

Jest to zajęcie bardzo ciekawe i pasjonujące, ale wcale nie łatwe.

J. H.: Czy kojarzy pan skrót, tłumaczony przez studentów jako: miły, elegancki i leniwy?

Tak, jak najbardziej. Mechaniczny, energetyki i lotnictwa. To jest skrót MEiL. Takie śmigiełko. To na jednej z jakichś tam zabaw,  gdzie był między innymi konkurs – ktoś wymyślił, co ten skrót oznacza. Niekoniecznie mechaniczny, energetyki i lotnictwa –  tylko miły, elegancki i leniwy, pewne niuanse mogły być. Ale to jak kto chce,  tak tłumaczy i zawsze jest dobrze. To oczywiście wszystko jako żart.

Wydział funkcjonuje od dawna. Miałem jeszcze to szczęście, że zastałem profesorów z czasów lwowskich, było kilku profesorów z Politechniki Lwowskiej. M.in. energetyki uczył mnie pan profesor Czesław Mejro. Do dnia dzisiejszego nie boję się prądu. Nie jest mi obca energia elektryczna z wiatru czy fotowoltaika.

Specjalności  zmieniały się na przestrzeni tych lat. Przez kilka lat od ukończenia w ’70 roku, chyba 2 czy 3 lata była w ogóle zmieniona nazwa wydziału. Ale powrócono do niej i wydział dalej funkcjonuje, mimo że już ludzie tam się mocno zmienili. Tak jak patrzę w internecie na kadrę profesorów –  to już niestety, ale tylko z krzyżykiem można spotkać, nie ma już  żyjących, których znałem.

Pan profesor Jan Oderfeld od teorii maszyn i mechanizmów, był znanym światowym profesorem – troszkę potu i krwi nam wycisnął, ale dobrze się skończyło. Wtedy wśród profesorów panowało takie powiedzenie. Studenci się często buntowali że wzory do obliczeń długie, trudne

– A po co nam to?

– Pewnie będziecie korzystać z krótszych, ale jak poćwiczycie na trudnych, długich to umysł będziecie mieli bardziej giętki.

Pewnie tak, ale kto dzisiaj pamięta jak obliczyć przyspieszenie Coriolisa, a co to jest to przyspieszenie i gdzie występuje?

Studia wspominam dosyć przyjemnie, ale nie było lekko. Było kilka semestrów, że 42 godziny zajęć obowiązkowych w tygodniu plus prace przejściowe, czyli jakiś tam projekt itd. –  sobót wolnych nie było. A jeszcze jak zaczynałem studia,  to  przez 2 czy 3 lata był taki „zwyczaj”,  że studenci musieli odbyć praktykę robotniczą, żeby inżynier który prawdopodobnie wyrośnie z takiego studenta, musiał przejść praktykę na stanowisku robotniczym. Huta Warszawa, FSO, Ursus –  zależy, gdzie kto trafił –  jedni szli do FSO, drudzy do Huty Warszawa.

Mi trafiła się Huta Warszawa. Akurat stalownia, także wiem jak wytapia się stal z autopsji, ponieważ byliśmy w utrzymaniu ruchu. Różne tam zdarzenia też były w tej hucie. Ciekawe w sumie,  człowiek widział pewne rzeczy, pewnie inaczej by się nie udało zobaczyć. Studia wspominam  bardzo przyjemnie,  potem aparatura przemysłowa.

To były czasy, gdzie się budowały  – Police, Płock, Kędzierzyn, Oświęcim, zakłady chemiczne. Przede wszystkim Puławy, czyli dwie praktyki  –  Świdnik, Puławy. Zjeździliśmy cały kraj. Odbywało się to na  zasadzie, że grupa i asystent prowadzący jedzie, nocujemy –  różnie było.

Np. w Oświęcimiu nocowaliśmy w domu kultury w sali widowiskowej –  jakoś tak wyszło..

Te zakłady widzieliśmy z autopsji. Jak to się buduje, co się tam dzieje. W Puławach np. ciekawostka  –  automatyka już była na tamtym poziomie. Przede wszystkim to były głównie licencje japońskie, angielskie i inne, ale wprowadzano informatyzację, tak już w naszym pojęciu, czyli komputery. I była dosyć duża sala albo kilka nawet, gdzie były komputery. I już komputery zliczały środki do produkcji, gotową produkcję. Ale obok duży budynek i kilka sal, gdzie siedziały panie i ręcznie jeszcze to sprawdzały, czy to się zgra- były wątpliwości. (śmiech) To były w ogóle początki informatyki.

Pałac Kultury Ural 1, Ural 2. Ówczesne radzieckie komputery, gdzie studentów prowadzano w zasadzie aby pokazać, bo  trudno było mówić o obliczeniach, ale można było zobaczyć jaką powierzchnię zajmuje jeden komputer, ile lamp, ile energii musi być zużyte, żeby to wszystko zadziałało. Fajne rzeczy, szkoda że minęły bezpowrotnie.

J. H.: Firma Instal, dyrektor techniczny w zakładach farmaceutycznych „Polfa”, następnie powrót do rodzinnych Ostrówek i hodowla owcy nizinnej, później merynosów, nowoczesna owczarnia według projektu żony – pana CV musi budzić uznanie…

Pierwsza moja praca to był właśnie Przedsiębiorstwo Instalacji Przemysłowych Instal w Lublinie. Po aparaturze przemysłowej było to zgodne z moim kierunkiem. Firma Instal uczestniczyła w budowie –  nie była to wielka firma, która by montowała cały zakład –  załóżmy Puławy –  ale jakieś elementy robiła i  montowała. Na eksport robiliśmy kanały doprowadzenia powietrza w dużej elektrowni, w Republice Federalnej Niemiec. Dwa metry średnicy takie rury – były problemy z eksportem.

Później pracowałem na ówczesnej Akademii Rolniczej. Dzisiaj nazywa się to Uniwersytet Przyrodniczy. Potem „Zremb” Międzyrzec. Chciałem się przenieść bliżej rodziców. Szczęście czy nieszczęście, nie wiem – byłem jedynakiem, rodzice już  w starszym wieku –   jakbyś bliżej był, to by było nam raźniej, może i tobie. No i m.in. to wtedy powstała ta sprawa hodowli owiec. Było to zajęcie intratne i też w pewien sposób ciekawe.

Będąc inżynierem nawet na dosyć dobrym stanowisku w Polfie –  dyrektor techniczny  na ówczesnego poloneza  musiałbym pracować kilkanaście lat. Natomiast kolega, który miał 100 owiec za rok czasu na giełdzie mógł sobie kupić poloneza. Takie były wtedy relacje finansowe.

Żona pracowała w Urzędzie Miasta w Międzyrzecu – ale też kilkanaście lat pracowała już w biurze projektów budownictwa górniczego, czyli projektowali Bogdankę. Zaczęła na własną rękę robić projekty budowlane, ponieważ w hodowli było coraz gorzej,  żona mówi: będziemy wspólnie robić, ponieważ dla ciebie projektowanie nie jest obce. I tak zaczynaliśmy.

J. H.: Czy to prawda, że przed pierwszymi wyborami samorządowymi przedstawiciele lokalnej społeczności przyszli do Pana domu, ale o start w wyborach poprosili Pańską małżonkę, która wskazała na Pana?

Przyszedł ’98 rok, przyjechali do domu panowie, którzy byli radnymi –   pierwszy rok to rada wybierała wójta.

J. K. : Zaczynaliśmy razem (śmiech)

Przyjechało kilku –  3 czy 4 do domu i proponowali właśnie żonie, żeby była ewentualnie wójtem. Ale żona mówi: ja chyba tego nie uciągnę, nie chciałabym w to wchodzić. Wskazała na mnie, żebym ja spróbował. Tak mnie namówili do tego, chociaż też nigdy nie byłem przygotowany do pracy w administracji.

J.K.: Pamięta Pan początki swej kadencji?

 Wiadomo, że różni ludzie w radzie się trafiają, ale ja pierwszy raz, oni też –  duża część rady pierwszy raz, a współpraca była różna. Raz było lepiej, raz gorzej. Ale generalnie to rada była podzielona przez 4  lata.

Miałem 3 radnych, którzy przez pewien czas nie przychodzili na sesje Rady Gminy, bo uważali, że oni nic nie mogą, bo tamci ich przegłosują, chociaż wtedy  nie  rozróżnialiśmy –  opozycja, czy był jakiś  podział. Nie było stabilizacji, a wtedy jeszcze i środki unijne nie funkcjonowały, w związku z tym trzeba było gospodarować własnymi pieniędzmi. I te rzeczy które najpilniejsze –  robić. A było co robić,  przede wszystkim oświata przeszła pod zarząd samorządów, także powstało od razu ileś problemów.

110 lat OSP Wohyń

J. K.: Trzeba było tworzyć gimnazja

Tak,  był to punkt dosyć trudny. W ogóle najpierw przejąć oświatę, a tu tworzyć gimnazja. Po pewnym czasie udało się to mniej więcej opanować. Utworzyliśmy dwa gimnazja w Suchowoli i w Wohyniu. Pozostałe szkoły funkcjonowały jako szkoły podstawowe. Ogarnęliśmy –  dokładaliśmy i ciągle dokładamy do oświaty, ale  uważam że jest to inwestycja najlepsza, to inwestycja w młodych ludzi. Dobry jest kawałek drogi, dobry jest wodociąg, ale ludzie  są najważniejsi.

Dlatego też do tej pory utrzymujemy szkoły. Myśleliśmy, że teraz przy tej reformie uda nam się zreformować naszą gminną oświatę, bo dzieci coraz mniej. W 1998 roku w Szkole Podstawowej w Wohyniu były 4 klasy równoległe –  po dwadzieścia kilkoro dzieci. A teraz mamy albo jedną, albo w porywach dwie klasy. Jak podzielimy 30 dzieci na 15 – to mamy dwie, ale jak jest 22 albo 23 –  mamy raptem jedną klasę. Ubytek jest zdecydowany. Dzieci nie ma po prostu. Ale to problem nie tylko nasz, za wyjątkiem może nowych osiedli w miastach.

Moja wnuczka chodzi na nowym osiedlu do szkoły w Lublinie i tam jest 11 równoległych klas.

Tak się zaczęło moje wójtowanie, w czasach dosyć trudnych, gdzie trzeba było się uczyć wiele rzeczy. Ale  z Bożą pomocą i pomocą ludzi –  muszę tutaj przede wszystkim złożyć  ukłon  w stosunku do pracowników. Specjalnie nie wymieniałem kadry, zaufałem tym, co byli. W tym czasie więcej wiedzieli ode mnie i udało się przetrwać pierwszą kadencję.

Potem wybory i druga kadencja  – już było znaczenie lżej, człowiek już pewnych rzeczy się nauczył. Sprawy dotyczące funkcjonowania takiego tworu jak gmina, gdzie jest wszystko- od myszki, poprzez pieska do człowieka i jego spraw. Tak dotrwałem do piątej kadencji i w zasadzie można powiedzieć że już do końca, bo ostatnie kilka miesięcy przyjdzie nam pracować w tym składzie.

J.K.: Jest Pan już wójtem piątą kadencję. Czy nie grozi to popadnięciem w rutynę?

Myślę, że nie. Nasze życie dostarcza nam tyle różnych, nowych rzeczy, że o rutynie nie ma mowy.

Przede wszystkim wejście do Unii – przepisy się zmieniały. Kiedyś był Dziennik Ustaw i on obowiązywał lat ileś ( notariusz, pan Buchta miał stary, wyświechtany dziennik, który już tylko on potrafił przeczytać), a w okresie wchodzenia do Unii zaczęto to tłumaczyć i było to wydawane w formie papierowej  –  po 200, 300 rocznie dzienników i naprawdę tam było wszystko, choć niekoniecznie to się dało tak wprost przełożyć na nasze warunki.

O rutynie nie nie może być mowy, przede wszystkim gminy zaczęły mocno inwestować, a inwestycje to jest ciekawiutka rzecz. Tam nie można się nudzić. Bo trzeba było przecież dokończyć wodociągowanie, które było w ~ 40 %.  12 lat-  mamy w 100 % zwodociągowaną gminę.

Środki unijne – kanalizacja tyle, ile ekonomicznie uzasadnione –  mamy kanalizację zrobioną, całe centrum Wohynia jest skanalizowane. Trzeba było wybudować nową oczyszczalnię ścieków,  mamy zakłady pracy, gdzie zużywana jest woda i powstają ścieki. Wytwórnia  papieru higienicznego, gdzie dużo jest ścieków trudnych, chemicznych. Dwie ubojnie –  ubojnia drobiu, ubojnia trzody i masarnia –  te ścieki my odbieramy. Dzięki temu oni mogą funkcjonować, gdyby nie było oczyszczalni, nie wiem co ze ściekami mogliby zrobić.

Był pewien problem,  była taka stara oczyszczalnia, która nie spełniała  już żadnych norm, warunków. To było zrobione tak trochę na chybcika i niekoniecznie nawet było wiadomo, jak ona oczyszcza, ale jakoś tam oczyszczała przez pewien czas. Udało się pozyskać środki i wybudowaliśmy nową oczyszczalnię, w tej chwili nie ma problemu. Przez 20 lat ani razu nie zapłaciliśmy  ani złotówki kary za nieczysty ściek. Także udało nam się zawsze mieścić w tych normach czystości ścieku.

Kanalizacji było bardzo niewiele, zrobiliśmy kanalizację w Suchowoli. Tam szpital budował dużą oczyszczalnię, ponieważ przy Szpitalu Psychiatrycznym była tam  kiedyś pralnia, własna kuchnia.Kiedy szpital przeszedł na usługi zewnętrzne, oczyszczalnia okazała się za duża.

Jeszcze z poprzednim dyrektorem mówimy –  wy macie oczyszczalnię, która nie ma co robić. My mamy miejscowość Suchowolę i Kuraszew, w miarę o gęstej zabudowie w których można wybudować kanalizację. Zgoda, więc robimy kanalizację w Suchowoli i zrobiliśmy. Oddajemy teraz ścieki do oczyszczalni przyszpitalnej, oczywiście płacąc za oczyszczenie.

W tej chwili, jeżeli chodzi o liczbę mieszkańców,  ponad 30-35 % z nich korzysta z oczyszczalni i z kanalizacji, a nie oczyszczalni przydomowej, tylko oczyszczalni z prawdziwego zdarzenia. Całej gminy nie da się skanalizować, przy dzisiejszym stanie wiedzy i możliwości finansowych, ponieważ gmina to jest zabudowa kolonijna.

Gminę mamy już od 12 lat  w 100 % zwodociągowaną, a mamy z przyłączami ok. 300 km sieci wodociągowej, 3 ujęcia wody. Jedno nowiutkie, wybudowane już przeze mnie, dwa zmodernizowane ujęcia, nie brakuje nam wody. Zużywamy ok. 450 tys. metrów sześciennych rocznie. Duży wpływ na zużycie wody mają  zakłady, które są „wodochłonne”. Produkcja żywności ma swoje wymagania co do czystości, a to wpływa na zużycie wody. Ale nie mamy problemów – ani z wodą, ani ze ściekami. W tej chwili  jest to poukładane, także działa nieźle.

Co w tym czasie jeszcze się działo? W Parczewie funkcjonuje huta szkła. Ze względów technologicznych potrzebny był gaz ziemny. Doprowadzeniem gazu miała się zając spółka niemiecko-polska. Właściciel huty szkła domówił się z nimi, że istnieje możliwość doprowadzenia gazu, bo zużycie będzie tak duże, że im by się opłaciło. Tylko gdzie się przyłączą?

Okazuje się, że na terenie Gminy Ulan można było się przyłączyć do gazociągu. Ale gazociąg? A oni – że tak na skróty, żeby jak najkrócej. Wtedy był jeszcze pan starosta Kułak –  spotkaliśmy się wszyscy, tu wójtowie zainteresowani, z Milanowa, ja, wójt z Radzynia, że może by  jednak pomyśleć, że przez pola, lasy to nie ma co gazociągu prowadzić, bo tam zając gazu wykorzystywał nie będzie.

Mówię: „Panowie, Wohyń, tutaj skupisko dosyć duże, na pewno będzie jakieś zapotrzebowanie. Ja już widzę że Zespół Szkół bym ogrzewał, urząd. Bardzo chętnie ubojnia  i masarnia też jak najbardziej korzystają z gazu, oni potrzebują pary technologicznej  przez 2-3 godziny. Na węgiel to wiadomo –  zanim  sięrozpali kocioł węglowy. Tu sobie zawór odkręci, za 20 minut ma parę.

Tak się stało, oni się dali namówić, a poszliśmy jeszcze na takie ustępstwa, że w pasie drogowym starosta się zgodził,  żeby w ich drogach powiatowych, my w swoich gminnych, zgodziliśmy się. Pomagaliśmy na tyle, na ile mogliśmy. Oczywiście, finansowo praktycznie żadnych pieniędzy na to nie wydaliśmy, za darmo gazociąg przeszedł przez nasze miejscowości i w tej chwili mieszkańcy Wohynia, czy po drodze Zbulitowa mają gaz. Ludzie coraz częściej się podłączają . Firma –  jeśli na jakiejś uliczce znajdzie się 3-4 odbiorców do ogrzewania domów, to sami robią,  rozbudowują sieć, żeby sprzedać gaz, to się potem zwraca.

Ogrzewamy Zespół Szkół, gdzie  zmieniliśmy system ogrzewania z olejowego na gazowy. Przygotowywanie posiłków –  dziennie wydajemy ponad 300 obiadów. Całą kuchnię przerobiliśmy na gaz. Kupiliśmy nowe urządzenia, kotły, że  dziewczyny sobie ustawią temperaturę i mogą „iść spać”, a zupa cały czas ciepła.

Udało nam się to tak przy okazji, ale twardo się opowiedzieliśmy: Panowie, jeśli chcecie przez pola, to każdą działkę będziecie chodzili i uzgadniali. Albo uzgodnicie albo nie…

Przegląd Kolęd i Pastorałek

J. K.: Wystarczy, że jeden się nie zgodzi i koniec

…A my wam gwarantujemy, że w pasach drogowych będziecie mogli kłaść. Jest to pewna trudność, może kiedyś w przyszłości, ale nie widzę żeby ktoś chciał tutaj autostradę budować. Mieszkańcy podłączają się coraz częściej. Podłączyły się nasze bloki  w Bezwoli  i mają taniej niż z kotłowni węglowej –  ogrzewanie gazowe przy dociepleniu bloków.

Powiatowy Konkurs Szopek Bożonarodzeniowych

J.K.: Jest Pan wójtem nieprzerwanie od 1998 roku. W tym czasie Gmina Wohyń bardzo się zmieniła. Przybyło dobrych dróg, boisk, infrastruktury technicznej. Z których inwestycji jest Pan szczególnie zadowolony?

Przede wszystkim najbardziej  ciekawą i spektakularną była rozbudowa  Zespołu Szkół. Była tylko szkoła i obok łąka, gdzie kiedyś pop miał stawy rybne. Zrobiliśmy tu fajny stadion. To można nazwać stadionem, jest boisko pełnowymiarowe do piłki nożnej, bieżnia wprawdzie tylko 4-torowa, szerzej się nie dało –  łąki się nie dało dokupić. Hala sportowa, łącznik, w którym jest w tej chwili gimnazjum.

Przestanie być gimnazjum, to wejdzie 7-8 klasa. Docieplenie szkoły, całe otoczenie, zadbane uporządkowane. Zasługa Pań Dyrektorek Pani Anny Kowalczyk, Pani Barbary Banaszczyk i Pani Anny Kondraszuk. Przerobiona kotłownia na gaz, kiedyś była węglowa. Ta szkoła zupełnie inaczej wygląda. Wszystkie sześć szkół na terenie gminy są odnowione, utrzymane w bardzo dobrej kondycji.

Wszystkie szkoły są zadbane i w miarę potrzeb i naszych możliwości wyposażone. Cudów tam nie robimy, bo wiemy że te szkoły powoli, ze smutkiem, ale ktoś musi zamknąć. Chociaż  teraz przy wprowadzaniu reformy moja propozycja była taka, żeby w tych 4 małych szkołach pozostawić klasy 1-4, a dzieci starsze dowieźć do szkoły w Wohyniu, rada podjęła odpowiednią uchwałę. Niestety Kuratorium nie wyraziło zgody – mają być szkoły 8- klasowe, koniec kropka.

Chcę dodać, że w każdej z tych czterech szkół (Bezwola, Ossowa, Ostrówki, Lisiowólka) funkcjonują oddziały przygotowania przedszkolnego, do których uczęszczają dzieci w wieku 3-6 lat.

Mam nadzieję, że w niedługim czasie ktoś podejmie rozsądną decyzję i pozwoli dowozić starsze dzieci do Zespołu Szkół w Wohyniu. Organizacyjnie jest to możliwe, obecnie dowożone są dzieci do gimnazjum.

Część II – w poniedziałek

Jakub Hapka

Na portalu od jesieni 2012 r. Najpierw jako felietonista, od maja 2015 redaktor naczelny. Absolwent polonistyki UMCS. Fan futbolu.

Warsztaty fotograficzne „Fotografia i oświetlenie studyjne” w ROK

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Znamy laureatów „Niedźwiadka”!

Skomentuj