banner

Mam zawsze dużo pracy – wywiad ze Zdzisławem Wosiem

O pierwszych wrażeniach po przybyciu do Radzynia, kulisach funkcjonowania Spomleku, sprawie opłat za przedszkole,  komisji rewizyjnej i nie tylko – ze Zdzisławem Wosiem rozmawia Jakub Hapka.

J. H. : Jak trafił Pan do Radzynia?

Do Radzynia trafiłem poprzez moja żonę. Razem uczęszczaliśmy do szkoły średniej – do technikum rachunkowości. Tam się poznaliśmy i to spowodowało, że zainteresowałem się żoną, ona mną właściwie, a w zasadzie trudno powiedzieć kto kim pierwszy (śmiech). Pierwszy raz przyjechałem do Radzynia w roku 1979. W ogóle nie znałem miasta, wcześniej nigdy tu nie byłem. Mimo że w tym czasie dużo podróżowałem, akurat w tym kierunku było ode mnie dosyć daleko, jakieś 110 km. Pierwsze wrażenie o Radzyniu… Radzyń nie zrobił na mnie dobrego wrażenia. Wysiadłem na starym dworcu PKS, obszedłem dookoła dworzec, a na ulicy Dąbrowskiego leżał pijany człowiek, obok niego – butelka wina (śmiech). To wrażenie było niezbyt ciekawe. Następnie udałem się w kierunku parku gdzie była tzw. „mordownia” i stamtąd też „wypadł” ktoś pijany.

Trudno mi było przyzwyczaić się również do pewnych rzeczy w Radzyniu, szczególnie jeśli chodzi o mentalność. Chociaż myślę, że teraz jestem 100-procentowym radzyniakiem. Na czym to polegało… Mianowicie w moim środowisku ludzie byli bardziej odważni, mniej spolegliwi dla władzy. Natomiast Radzyń już wtedy kojarzył mi się ze społeczeństwem bardzo spolegliwym. W tej chwili nie widzę istotnych różnic. Jeśli chodzi o pozytywy, to bardzo spodobało mi się miasto, przede wszystkim park i pałac. Było cicho i spokojnie. Radzyń był tak jakby „drzemiący”.

J. H. : Pracował Pan bardzo długo w Spomleku. Jak Pan wspomina tamten czas?

Był to zakład, w którym pracowałem najdłużej. Zresztą był to okres, w którym jeśli się zaczynało pracę to zostawało się w danym miejscu już na długi czas. Zupełnie inaczej niż ma to miejsce dzisiaj. Pracowałem w Spomleku ponad 20 lat. Co prawda pracowałem w jednym miejscu, ale w kilku zakładach. Pracę zaczynałem w  wojewódzkim transporcie mleczarskim, to przekształciło się w spółdzielnię. Po likwidacji spółdzielni transportu mleczarskiego zostałem zatrudniony w ówczesnej Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej, która zmieniła nazwę na Spomlek. Jak się tam pracowało… Bardzo różnie.

Inaczej pracowało się w latach 80., kiedy ten transport był bardzo archaiczny i nikt nie patrzył na ekonomię. Mieliśmy np. takie zdarzenie, kiedy o 8 rano – wtedy gdy trzeba było zwozić mleko – mieliśmy zebranie partyjne, a mleko kisło. Ważniejsza była frekwencja na zebraniu partyjnym. Za to ludzie się bardziej integrowali , było dużo spotkań towarzyskich. Po roku 1980 to się zmieniło. Nastąpiła likwidacja transportu, a właściwie spółdzielni transportowo-remontowej jako oddzielnego zakładu. Dużo ludzi straciło pracę. Zostało to włączone w jednej strukturę OSM-u, a później w strukturze Spomleku. W tym czasie, gdy prezesem był wówczas pan Skomra, zaszły bardzo pozytywne zmiany. Zakład rozwijał się. Większość pracowników to była dobra fachowa kadra i tworzylismy dobry zespół. Spotkałem tam bardzo dużo mądrych ludzi o dużych kompetencjach i umiejętnościach.

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych, gdy prezes został posłem w Spomleku, nastał czas, kiedy pracownicy w dużym stopniu czuli się coraz bardziej zastraszeni. Był wprowadzony system wzbudzania  strachu. Nie wiem czemu miało to służyć. Być może prezes chciał w ten sposób uzyskać efekt wysokiej wydajności pracy, ale moim zdaniem skutek był odwrotny i wiadomo jak się to dla niego skończyło. Pracownicy czuli się zastraszeni do tego stopnia, że bali się spotkać na ulicy czy w innym miejscu publicznym w obawie przed konsekwencjami. Ludzie pracujący ze sobą przez np. 20 lat bali się przywitać na ulicy lub podejść do siebie i porozmawiać. Mogło to być uważane bowiem za spiskowanie. Wiedziałem, ze wcześniej czy później musi się to zmienić.

Pracownicy byli już u kresu sił. Mnie osobiście mniej to dotknęło, ponieważ z natury nie jestem człowiekiem bojaźliwym. Byłem natomiast poddawany różnym rodzajom presji, abym zmiękł i był posłuszny w mojej działalności w Radzie Miasta. Ja wolałem być niezależny w moim działaniu radnego, gdyż w przeciwnym wypadku moja działalność sprowadzałaby się do odpowiedniego głosowania i byłbym marionetką, a nie radnym. Oczywiście pewnie byłyby z tego duże profity finansowe i pozafinansowe. Ja starałem się współpracować z każdym w realizacji dobrych przedsięwzięć na rzecz miasta, ale na równych prawach. Poza tym nie akceptowałem tego, że prześladuje się pracowników. To był czysty mobbing.

Miałem kiedyś nawet taką sytuacje, że stałem z pracownikami, którzy już nie byli zatrudnieni w zakładzie i szedł jeden z wpływowych kierowników, który mógł powiadomić prezesa o tej sytuacji. Moi znajomi kazali mi się schować (pewnie w trosce o mnie). Mimo że już nie pracowali, bali się bardziej ode mnie. Odpowiedziałem im, że nie mam zamiaru się chować, bo nigdy się przed niczym nie chowałem. Zawsze stawałem przed problemami w sposób otwarty. Myślę, że mógłbym napisać ciekawą książkę o pewnych mechanizmach, jakie były stosowane w Spomleku.

DSC_1141

J. H.: Jak trafił Pan do samorządu i skąd zainteresowanie nim?

Już wcześniej interesowałem się samorządem, natomiast nigdy nie miałem zamiaru kandydować na radnego czy brać udział we władzach samorządowych. Trafiłem tam chyba dlatego, że zasiadałem w Radzie Nadzorczej RSM. Ówcześnie była taka sytuacja, że osiedle Korczaka – bloki 17, 18, 19 na osiedlu Zabielska – były wybudowane z kredytów, a w tym czasie postępowała bardzo wysoka inflacja. Oprocentowanie sięgało kilkuset procent. W związku z tym obciążenia dla mieszkańców były bardzo wysokie. W pewnym momencie zauważono, że rozporządzenie, na podstawie którego były te kredyty, stanowiło o tym, że spłata kredytu rocznie nie może przekraczać 1-2% wartości kredytu. Tak były zawarte umowy, których zupełnie nie przestrzegano. Wartości spłat były o wiele wyższe. Chodziło o to, aby przywrócić prawo. Zaangażowałem się w to bardzo mocno, choć przyznam , że ludzi z zarządu trudno było do tego przekonać. Zarząd nie bronił interesów mieszkańców, ale interesy państwa. To spowodowało, że odbyło się kilka spotkań  i w pewnym momencie ktoś z mieszkańców zaproponował, żebym ewentualnie kandydował do samorządu.

Bardzo duże wsparcie miałem od mieszkańców mojego osiedla Korczaka, a w szczególności od moich najbliższych sąsiadów. Ja nigdy nie chciałem kandydować ze wsparciem jakiejkolwiek partii, więc kandydowałem z własnych komitetów – samodzielnie lub ewentualnie dwa razy z Bogdanem Fijałkiem i ostatnio z Maciejem Traczem. Uważałem, że samorząd musi być niezależny. Ludzie chyba nie zdają sobie sprawy z tego, że samorząd nie działa na tej zasadzie, że radny ma „zrobić drogę”. Radny ma decydować wspólnie z innymi o finansach miasta, o wszystkich innych sprawach miasta, ale także, a może nawet przede wszystkim, kontrolować działania burmistrza.

Jeśli będzie zależny od burmistrza, nigdy nie będzie tego robił. Oprócz funkcji stanowiącej funkcja kontrolna jest niezwykle ważna. Gdy prezes Skomra zaczął wprowadzać zmiany w Spomleku, były one konsultowane z ludźmi. Natomiast po pewnym czasie, gdy poczuł się pewny, nie pytał nikogo, nie widział swoich błędów. Pytał wyłącznie tych, którzy mu schlebiali. Człowiek, który nie jest kontrolowany, zawsze zejdzie na manowce, a władza skupiona w jednym ręku jest zawsze władzą negatywną.

Kiedy pracowałem w Spomleku, po wyborze na radnego, otrzymałem pewne wskazówki od jednej z pracownic. Chodziło o to, że kiedy będę już w Radzie, lepiej abym nie siadał koło Juliana Mazurka, Włodzimierza Dzięgi czy Józefa Korulczyka, ponieważ byli to radni niesłusznej linii. Nie znałem tych ludzi wcześniej, ale tak się zdarzyło, że przez przypadek usiadłem koło W. Dzięgi i J. Mazurka. Dopiero po przedstawieniu radnych dowiedziałem się, koło kogo siedzę (śmiech).

Mimo tego ostrzeżenia przypadek sprawił, że właśnie w tym miejscu się znalazłem. Bardzo starałem się oddzielać sprawy samorządowe od pracy. Zawsze, gdy gdzieś pracowałem, byłem lojalny i wykonywałem jak najlepiej swoje obowiązki. Z prezesem Skomrą nie rozmawiałem o sprawach samorządu, unikałem tych tematów. To oczywiście nie podobało się prezesowi. Myślę, że miał nawet docinki z tego tytułu. Jeden z radnych poradził nawet prezesowi, aby wysłał mnie do mycia butelek, to wtedy może mój kręgosłup się zegnie. Niestety to się nie udało. Po tych wszystkich próbach było mi ciężko psychicznie i w pewnym momencie odszedłem ze Spomleku.

Kiedy pierwszy raz byłem samorządowcem, jedna z pań radnych zapytała mnie, kogo reprezentuję. To pytanie wydało mi się dziwne. Zapytała mnie także, gdzie pracuję. Odpowiedziałem jej, że w Spomleku, po czym ona stwierdziła, że w takim razie reprezentuję pana Skomrę. Odpowiedziałem jej, że reprezentuję moich wyborców, mieszkańców miasta.

Wszyscy myśleli, że jeśli pracuję w Spmleku, a dodatkowo prezes jest posłem, to albo jestem lewicowy, albo jestem człowiekiem Skomry. Nigdy tak nie było i ten, kto pracował w Spomleku, może to potwierdzić.

J. H.: Pan Maciej Tracz, wypełniając nasz alfabet, mówił o klubie „Razem dla Radzynia”: to 4 lata ciężkiej pracy, którą w większości wykonywaliśmy ze Zdzisławem.Wymagała poświęcenia mnóstwa czasu, a niekiedy trochę zdrowia i pieniędzy. Co Panu najbardziej utkwiło w pamięci z tego okresu?

Myślę, że to był dla nas bardzo pracowity i trudny okres. Był to czas, kiedy byliśmy także razem w komisji rewizyjnej i tę funkcję sprawowaliśmy bardzo pracowicie. Klub był bardzo merytoryczny. Było wiele spraw trudnych, z tego względu byliśmy często atakowani. Nasza praca polegała na tym, że staraliśmy się przelewać na papier wszystkie postulaty, które wyrażaliśmy jako Klub. Wszystkie zawierały merytoryczne uzasadnienia. Nie zawsze jednak były one na rękę władzy.

Nie staraliśmy się wpływać na emocje, a raczej na rzeczy istotne. Nasza współpraca sprowadzała się do tego, że ja nakreślałem szkic naszych pism czy stanowisk, czyli tę część merytoryczno-prawną, natomiast Maciej Tracz był cenzorem – chłodno patrzył na pewne rzeczy i ewentualnie odsyłał mi uwagi. Tworzyliśmy sprawny, dobrze rozumiejący się tandem. Na tym właśnie polegała nasza praca. Była ona bardzo ciężka i pochłaniała nam dużo czasu. Mnie najbardziej bolało to, że ludzie często uogólniają i mówią, że radni mają diety i nic nie robią.

Słynna sprawa z przedszkolami, która budziła bardzo dużo kontrowersji. Pisałem wtedy skargę w imieniu rodziców, bo sam nie mogłem z tym wystąpić. Zaczęło się to tak, że przyszedł do mnie pan Andrzej Trykacz i powiedział, że opłaty za przedszkole są za wysokie. Razem z panią Małgosią Mikitiuk napisał oficjalne pismo do Rady Miasta w tej sprawie. Przewodniczący Rady Miasta przekazał pismo do komisji rewizyjnej. Po przeanalizowaniu przepisów prawnych i orzecznictwa na ten temat doszedłem do wniosku, że rodzice mają rację, choć nie co do wysokości opłat. Otóż opłaty były niezgodne z prawem i w ogóle nie powinny być pobierane. Jako przewodniczący Komisji Rewizyjnej przedstawiłem takie stanowisko na posiedzeniu komisji. Przygotowałem wstępne stanowisko na piśmie konsultując je jak zwykle z Maciejem Traczem Sporządziliśmy protokół, w którym stwierdziliśmy, że opłaty te są nienależne. Poza tym, jeśli doszłoby do sprawy sądowej, miasto musiałoby zwrócić te opłaty rodzicom wraz z odsetkami. Namawiałem burmistrza, aby zawrzeć kompromis z rodzicami i jak najszybciej zaniechać pobierania opłat. Część rodziców zgodziłaby się na  zawarcie ugody.

W tym czasie jeden z rodziców współpracujący z grupą inicjatywną, pan Grzegorz Blicharz, wystąpił do wojewody lubelskiego o unieważnienie uchwały. Ja i M.Tracz staliśmy się celem ataków. Zarzucano mi, że nie znam się na prawie i nic nie wiem. Był to dla mnie bardzo ciężki okres. Atakowano mnie w przeróżny sposób, czasem nawet bardzo perfidnie, pisząc różne rzeczy w gazetach. Najbardziej nieprzyjemne były różnego rodzaju pomówienia rozpowszechniane na moim osiedlu.

Wojewoda po zebraniu materiału, a także zapoznaniu się z naszymi ustaleniami jako Komisji Rewizyjnej, unieważnił uchwałę, ale Rada Miasta większością głosów radnych burmistrza ponownie uchwaliła ją, w trochę innym kształcie, ale pozostawiając opłaty. Naszym zdaniem w dalszym ciągu  nie była zgodna z prawem. Pamiętam, że siedziałem dosyć długo nad tą sprawą późno w nocy, wysyłając treść naszego stanowiska do M. Tracza. Przygotowane stanowisko przedstawiłem na posiedzeniu naszego klubu radnych „Razem dla Radzynia”, a następnie jako przewodniczący klubu na sesji.

Po uchwaleniu uchwały wysłaliśmy pismo do wojewody z informacją, że naszym zdaniem jest niezgodna z prawem, oczywiście z odpowiednim uzasadnieniem. Ja osobiście rozmawiałem z panią, która tym się zajmowała, ale bezskutecznie. Pozostała jedynie skarga do WSA. Pan Bogdan Fijałek powiedział, że poseł Jerzy Rębek ma prawnika z Sejmu, który mógłby pomóc nam w tej sprawie. Wysłałem e-maila do tego pana, w treści przedstawiając nasze stanowisko. W odpowiedzi otrzymałem informację, że nie mamy racji i nie ma szans za uchylenie uchwały. Nie zgadzałem się z tym, co napisał, moim zdaniem bezsprzecznie mieliśmy rację. Więcej już nie pisałem.

Przystąpiłem do konstruowania skargi, oczywiście w imieniu rodziców dzieci, gdyż ja nie mogłem wystąpić z ta skargą jako osoba nie mająca ta zwanego interesu prawnego. Pan Bogdan Fijałek zaproponował z własnych pieniędzy pokryć koszty w wysokości 300 zł które należało zapłacić do sądu i zebrać podpisy od rodziców. WSA w Lublinie po rozpatrzeniu naszej skargi uznał uchwałę i pobieranie opłat za niezgodne z prawem. W tym okresie odbyły się wybory samorządowe i obydwaj z Maciejem Traczem nie zostaliśmy wybrani na następną kadencję. Znamienne jest to, że, kandydowaliśmy tylko we dwóch z własnej listy, a zabrakło nam tylko 2 głosów, żeby zostać radnymi. Mnie zabrakło 2 głosów do Sławomira Sałaty a Traczowi – do Jacka Piekutowskiego. Ale taka jest demokracja i ludzie maja prawo wybierać  najlepszych, tych, którzy będą strzegli interesu ogółu, mieszkańców, a nie własnych. Uchylenie uchwały nie oznaczało zwrotu pieniędzy. Rodzice musieli w tej sprawie wystąpić do sądu cywilnego.

Odwagę w tym względzie wykazał pan Grzegorz Blicharz, który wniósł pozew przeciwko Miastu o zwrot opłat wraz z odsetkami. Ja byłem na rozprawie jako świadek, składając obszerne wyjaśnienia. Pan Grzegorz Blicharz wygrał sprawę w pierwszej i drugiej instancji. Po wygranej władze miasta uznały, że muszą wypłacić pozostałym rodzicom nienależnie pobrane opłaty. Znamienite jest to, że ci, co nie chcieli wcześniej zwrotu tych opłat też  o nie wystąpili.

Zwrócę też uwagę na jeszcze jedną rzecz, nad którą pracowaliśmy, mianowicie na sprawę skarg na działania burmistrza. Każde skargi w komisji rewizyjnej staraliśmy się wnikliwie sprawdzać. Jeśli były one zasadne, było to pisemnie uzasadnione w sposób merytoryczny i dowodowy, tak jak się robi postępowanie administracyjne. Część tych skarg była zasadna, a część nie, jednak zawsze były odrzucane, co moim zdaniem jest idiotyzmem. Skarga na działanie burmistrza jest też skargą na działanie urzędników. Były takie skargi, że urzędnik coś pomylił, o czymś zapomniał. To się zdarza, ale trzeba przyznać wtedy, że ten mieszkaniec miasta ma rację, a nie wszystkie skargi odrzucać. Myślę, że teraz też się tak może dziać i to jest bardzo naganne.

Władza nie jest nieomylna. Takie działanie podważa zaufanie do organów władzy. Przekonanie społeczeństwa jest takie, że jak burmistrz by się przyznał, że jakieś jego działanie jest wykonywane źle, to ktoś to przeciwko niemu wykorzysta. Nie ma jednak ludzi idealnych i ja nie znam takiej osoby. To się może zdarzyć każdemu urzędnikowi. Wiem, ze w ostatniej kadencji takie skargi nie były badane. Były rozpatrywane od razu na „nie”. Byłem ostatnim przewodniczącym komisji rewizyjnej, który był w tzw. opozycji. To też świadczy o tym, co się dzieje w Polsce. Jeżeli jedna opcja polityczna przejmuje władzę, to bierze wszystko. To moim zdaniem świadczy o pewnym prymitywizmie.

J. H.: Jako przewodniczący Komisji Rozwoju prowadził Pan słynne posiedzenie w sprawie oczyszczalni ścieków.Proszę przedstawić swoje spostrzeżenia z jej przebiegu.

Kilka razy mówiono, że byłem wtedy w zarządzie, ale chyba ktoś się pomylił. Rok czy 2 lata temu dzwoniła do mnie pani z „Opinii” i pytała czy jako członek zarządu poczuwam się do odpowiedzialności. Zatem wyjaśniam, że nie byłem wtedy członkiem zarządu, byłem przewodniczącym komisji rozwoju, która liczyła 12 członków. Co mogę powiedzieć. Komisja była rozszerzona o skład Zarządu Miasta i przedstawicieli PUK-u, był także obecny przedstawiciel wykonawcy. Z treści wypowiedzi pana Wołka wynikało, że potrzebuje zaliczki, ponieważ nie jest w stanie dokończyć oczyszczalni i naprawić usterek. Przedstawiciele oczyszczalni stwierdzili, że są to usterki, które nie pozwalają na pełną pracę oczyszczalni. Pan Wołek stwierdził, że nie jest w stanie tego dokończyć. W trakcie dyskusji radny Witold Kowalczyk zgłosił wniosek do zarządu o rozwiązanie umowy z wykonawcą i znalezienie innego, który dokończy oczyszczalnię. Wniosek został przegłosowany jednogłośnie. Wszyscy radni, a także przedstawiciele PUK-u, byli co do tego zgodni. Zarząd zgodnie z wnioskiem rozwiązał umowę z wykonawcą. Pierwotny wykonawca, czyli pan Wołek, wniósł sprawę do sądu.

Proces był bardzo długi. Były to lata 1994-1998, a proces skończył się bodajże w ubiegłym roku. Skończył się on negatywnie dla miasta. Trudno mi powiedzieć dlaczego. Nie znam materiału dowodowego i nie mogę się na ten temat wypowiadać. Nie byłem też wzywany do sądu jako świadek. Posiedzenie komisji było nagrywane, ale podobno kasety z nagraniem gdzieś zaginęły. Kopię protokołu z posiedzenia mam u siebie. Każdy mieszkaniec może sięgnąć do protokołów z posiedzenia komisji i zapoznać się z nim, jeśli chce.

J. H.:.Pan Korulczyk w wywiadzie mówił,że był Pan pomysłodawcą ścieżki rowerowej i badania na wytrzymałość cegły na remont pałacu.Z jakich innych swoich pomysłów jest Pan zadowolony?

Remontowany był mur oporowy, nie jestem pewien, ale chyba w mojej pierwszej kadencji. Mieszkańcy donieśli mi, że cegła, która jest wykorzystywana do budowy tego muru jest cegłą bardzo słabą, kruszącą się. Nie znam się na cegle, ale podjąłem ten temat w celu przeprowadzenia obiektywnych badań. Upierałem się przy tym i okazało się, że cegła jest wadliwa i nie spełnia odpowiednich wymogów. W efekcie cegłę wymieniono.

Jeśli chodzi o ścieżkę rowerową… Był opracowywany plan zagospodarowania przestrzennego, przy którym pracowałem najwięcej ze wszystkich radnych. Nad planem pracowali jeszcze pan Jacek Piekutowski i Adam Adamski. Jestem zadowolony z tego osiągnięcia nie mniej niż z samej ścieżki rowerowej, pomimo że mogło to być mniej znaczące i widoczne dla przeciętnego mieszkańca. Starałem się być na każdym posiedzeniu, na które przyjeżdżali planiści. Zaproponowałem wówczas, by na terenie miasta zaprojektować ścieżki rowerowe, a konkretnie zostawić na nie miejsce. Spotkało to się z oporem, ale udało mi się przeforsować pomysł, aby zrobić kilkumetrowy pas po jednej i po drugiej stronie, który jest wolny od jakichkolwiek zabudowań, czyli pas przygotowany na ścieżki rowerowe lub innego rodzaju pasaże. Zaproponowałem również ścieżkę, która prowadziłaby od Marynina poprzez ulicę Polną i wchodzącą na osiedle 30-lecia do ścieżki istniejącej. Moim zamiarem było, aby ścieżka dochodziła do lasu na Oprawach.

Wymyśliłem także wschodnią obwodnicę  miasta. Chodzi o obwodnicę od ulicy Wisznickiej do ul. Międzyrzeckiej. Wychodziłaby ona na wysokości stacji benzynowej pana Jaroszuka, przecinałaby ulice Podlaską, Partyzantów i Nadwitnie i dochodziła do ul. Międzyrzeckiej Uważam, że taka obwodnica jest miastu potrzebna. Występuje zbyt duże natężenie ruchu w centrum miasta przy pałacu. Ruch powinien być zmniejszony, ponieważ wpływa na niszczenie pałacu.

Mam nadzieje, że obecne władze miasta zrealizuję tę obwodnice przy udziale środków unijnych, a przynajmniej rozpoczną. Ta ścieżka rowerowa miałaby biec pod tą obwodnicą na Oprawy i z Opraw na ulicę Nadwitnie i łączyć się ze ścieżką rowerową przy ulicy Międzyrzeckiej. To jest już taka moja perspektywa, której plan nie obejmuje. Żałuję, że przy budowie ronda na skrzyżowaniu ul. Wyszyńskiego z Zabielską, gdzie były robione chodniki, nie wydzielono pasów na ścieżkę rowerową, a także przy sądzie, by później połączyć je w ścieżkę rowerową przy ul. Wyszyńskiego.

Wracając do ścieżki rowerowej… Śledziłem wówczas nabory wniosków z funduszy unijnych na realizację różnego rodzaju przedsięwzięć. Znalazłem wówczas takie działanie, które polegało na powiązaniu ścieżek rowerowych z obiektami zabytkowymi, turystycznymi. Doszedłem bardzo szybko do wniosku, że jest to szansa, ponieważ posiadamy obiekty o dużej wartości historycznej. Dzięki temu kwalifikowaliśmy się do uzyskania pieniędzy z tego działania. Na najbliższej sesji Rady Miasta zgłosiłem wniosek, aby stworzyć projekt ścieżki rowerowej i złożyć odpowiedni wniosek, gdyż czasu było niewiele o ile pamiętam termin na składanie wniosków upływał za około miesiąc. Na drugi dzień zadzwonił do mnie pan Piotr Sławecki z pytaniem, z jakiego działania jest ten nabór. Wysłałem mu linka z informacją. Ucieszyłem się, że jest zainteresowany tą kwestią. Poprosiłem go, aby tym się zajął, ponieważ pozostało niewiele czasu. Zajął się tym solidnie i szybko wniosek został złożony. Efektem tego działania jest właśnie ścieżka.

Oczywiście później były działania dotyczące projektu, przygotowania terenu itp., ale bez złożenia wniosku w odpowiednim terminie nie byłoby tej ścieżki. Pozytywnie zaskoczyło mnie oświetlenie słoneczne. Ze względu na małą szerokość ścieżki od stadionu do ul. Chomiczewskiego i Wyszyńskiego, ścieżka miała biec po drugiej stronie niż obecnie. Moim zamiarem było, aby ścieżka na całej długości, o ile jest to możliwe, miała 6 metrów. Miała być podzielona na dwa kolory, co nie zostało zrobione, tak żeby z czasem zrobić tam ścieżkę pieszo-rowerową oraz by miała przynajmniej jedno przejście podziemne. Podwyższałoby to koszty, ale przypomnę, że miasto wydało na nią niewiele – niewiele więcej niż wynosi roczny koszt utrzymania basenu. Przejście miałoby się znajdować pod ulicą Wyszyńskiego, ze względu na to, że jest tam duże natężenie ruchu.

Na 90% jestem pewien, że w tym miejscu byłoby to wykonalne, gdyż jezdnia jest wzniesiona wyżej od ścieżki. Drugim miejscem, w którym ścieżka przechodziłaby pod ulicą, miała być ul. Jana Pawła II. Chciałem, żeby ścieżka była bezkolizyjna. Miałem także pomysł na wykupienie terenów, które znajdują się po drugiej stronie ścieżki, na odcinku od sądu do ul. Chomiczewskiego, aby tam zrobić mini-park naturalny dla dzieci. Drugim moim pomysłem, którego niestety nie udało się zrealizować, była ścieżka od ul. Chomiczewskiego do ul. Lubelskiej przy dworcu PKS a następnie w kierunku ul. Sitkowskiego. Nie byłem już radnym, gdy była wykonywana ścieżka, więc nie miałem wpływu na jej wykonanie.

Cieszę się, że ten projekt został zrealizowany, ale żałuję, że nie zainteresowano się innymi moimi pomysłami dotyczącymi tzw. projektów europejskich miękkich. Nie polegają one na budowaniu, ale  również na rozwoju społecznym mieszkańców, z czego też wynikają z tego pewne korzyści materialne.

Cieszę się, że jeszcze jeden mój pomysł zakończył się sukcesem i mam w nim jakiś skromny udział. Co prawda nie była to inwestycja samorządowa lecz rządowa. Chodzi o budowę budynku sądu i prokuratury. W kadencji rady 2002–2006 uzyskując informację, że będą przeznaczane środki na budowę tego typu obiektów. Wpadłem na pomysł, aby miasto przekazało nieodpłatnie działki, które zostały scalone za burmistrza Korulczyka, położone przy ul. Wyszyńskiego naprzeciw kościoła, na budowę budynku sądu, pod warunkiem, że w okresie 3 lat od przekazania zostanie uruchomiona inwestycja przez rząd. Tę propozycję przedstawiłem na spotkaniu klubu radnych. Uzyskała ona akceptację. Wraz z ówczesnym przewodniczącym Rady Miasta Jackiem Woźniakiem przedstawiliśmy ją panu burmistrzowi Kowalczykowi. Burmistrz Kowalczyk również tę propozycję zaakceptował i została podjęta stosowna uchwała w tej sprawie. Grunty przekazano państwu. Ówczesny włodarz miasta podjął różnorakie starania, angażując starostę oraz posłów, aby inwestycja mogła być zrealizowana. Uczciwie trzeba przyznać, że skuteczny w tych staraniach był ówczesny poseł Szczepan Skomra.

W tej chwili jestem w zarządzie „Sieć Współpracy Organizacji Pozarządowych Polski Wschodniej Fundacji „OIC Poland”, która skupia kilkadziesiąt organizacji – stowarzyszeń i fundacji. Swoje działania kierujemy na współpracę transgraniczną. Polega to na współpracy z organizacjami pozarządowymi z Ukrainy, Białorusi. Ta współpraca układa się niestety bardzo różnie.

DSC_1139

J. H.:.Współpracował Pan blisko z J. Rębkiem. Później wasze drogi się rozeszły.Dlaczego?

Współpracowałem z Jerzym Rębkiem, ale nie aż tak blisko. Przede wszystkim mam taką zasadę, że umów należy dotrzymywać. Jeśli umawiam się z kimś na współpracę, to trzymam się zasad tej współpracy, chyba że wystąpią w trakcie jakieś nadzwyczajne okoliczności. Nie jestem politykiem, nie staram się nikomu nic obiecywać. To było właśnie trudne w naszej współpracy.

Nigdy nie było moim celem osiągnięcie poprzez pracę w samorządzie władzy, stanowisk czy innych korzyści. To dla wielu osób było to niezrozumiałe. Zawsze chciałem, żeby powstała rzeczywista wspólnota samorządowa. Jak widzimy, jest to w Polsce bardzo trudne i to nie tylko w samorządach. Nazwa „lider” kojarzy się z osobą, która kieruje, przewodniczy. Natomiast u nas mamy taką wschodnią mentalność, że lider to władca, który decyduje o wszystkim i trzyma krótko swoich współpracowników. Ta zasada mi nie odpowiada. U nas w Polsce w większości samorządów rada nie sprawuje należycie swojej ważnej funkcji kontrolnej. Rada jest zdominowana przez wójta lub burmistrza, a jeśli jest odwrotnie, to poziom rady jest na tyle niski, że w zasadzie starają się mówić wszystko na nie. Moim celem jest pokazanie ludziom, że najwyższym organem władzy w gminie jest społeczeństwo, a nie wójt i rada. Trzeba zaznaczyć to, co jest napisane zresztą w ustawie, że gmina działa na zasadzie samodzielności. Niestety nie wykonywanie należycie funkcji kontrolnej skutkuje tym, że coraz więcej gmin po prostu upada, czego skutki później dotkliwie odczuwają mieszkańcy. Przeciętny mieszkaniec (niestety) w większości nie czuje się współgospodarzem miasta lub gminy.

Największą bolączką naszego kraju jest podział społeczeństwa, które reaguje emocjonalnie. Jest to podział bardzo niebezpieczny. Ci ludzie, którzy nie kierują się emocjami, tylko umysłem i faktami, również są w złej sytuacji, ponieważ przy jakichkolwiek kontaktach są niewygodni zarówno dla jednej jak i drugiej strony. Tacy ludzie stracili w Polsce rację bytu. Rację bytu straciło wiele autorytetów. Boję się przyszłości, jeśli ten podział będzie się pogłębiał.  Umownie można to nazwać podziałem na prawicę i lewicę, chociaż ja bym tego w ten sposób nie dzielił. Przyjrzyjmy się miastu Radzyń. Rada, jak i funkcja burmistrza, w ostatnich latach stawała się podmiotem politycznym. Mimo że partie mówią, że najważniejszy jest dla nich interes narodu, to tak nie jest. Najważniejszym celem każdej partii politycznej jest zdobycie i utrzymanie władzy wszelkimi możliwymi środkami.

Partia działa na tyle w interesie narodu, ile naród zdoła od tej partii wymusić. PZPR także mówiło, że działa w imieniu narodu, tylko jak to się skończyło wszyscy wiemy. Trzeba ludziom uświadomić to, że najważniejsze są te małe samorządy i stąd promujemy ludzi wyżej, a nie odwrotnie. Niedługo dojdzie do tego, że partia przywiezie nam „w teczce” dwóch kandydatów na burmistrza i będziemy z nich wybierać. Staniemy się przedmiotem w ich rękach podzieleni. Wracając do współpracy… Nie jestem przede wszystkim politykiem i fanem partii politycznych. Zawsze kandydowałem niezależnie. To nie znaczy, że nie powinny istnieć. Mimo że od początku miałem propozycje, aby startować z różnych partii czy komitetów, nie zrobiłem tego. Wtedy musiałbym się podporządkować jedynie słusznej linii wodza i tym samym moja funkcja w samorządzie byłaby nijaka.

Niektórzy mówili mi po ostatnich wyborach, że gdybym wystartował ewentualnie z panem burmistrzem Jerzym Rębkiem, to na pewno byłbym radnym. Moim celem nie było jednak zostanie za wszelką cenę radnym. Szczęśliwie się tak złożyło, że mogłem zająć się czymś innym, a tak właściwie to więcej swoim życiem. Wyboru mieszkańców oczywiście nie neguję i z tego miejsca chciałbym podziękować wszystkim tym, którzy na mnie głosowali. Osobiście dla mnie jako człowieka było to lepsze rozwiązanie – zawsze miałem co robić. Interesuję się wieloma rzeczami i staram się ciągle pogłębiać swoją wiedzę.

J. H.:. Był Pan jednym z założycieli Stowarzyszenia Radzyń. Teraz zostało ono rozwiązane. Jak do tego doszło?

Nie chciałbym zbytnio rozwijać tej kwestii, ale doszło do tego, że niektórzy członkowie  nie wnosili odpowiednich składek. Zarząd starał się wyegzekwować te składki, czyli postąpić zgodnie ze statutem. Skutek był taki, że członkowie zarządu nie otrzymali absolutorium. Otrzymał je tylko jeden członek, nie zaangażowany w pracę Zarządu. Ja i kilku innych członków zrezygnowaliśmy ze Stowarzyszenia. Moim zdaniem stowarzyszenie było mało aktywne. Wyobrażałem sobie, że będzie działało bardziej w kierunku edukacyjnym, natomiast poszło bardziej w kierunku wyborczym. Nie wyobrażam sobie pracy w jakimkolwiek stowarzyszeniu, które byłoby podporządkowane politycznie. W decyzji o rozwiązaniu Stowarzyszenia nie uczestniczyłem.

J. H.:. Jest Pan członkiem RaSIL. Jakie widzi Pan różnice w działaniach między RaSIL a Stowarzyszeniem Radzyń?

Przede wszystkim widzę różnicę w działaniu. To jest najistotniejsza rzecz, co widać po efektach. Nie porównywałbym nawet spektrum działania obu stowarzyszeń, ponieważ różnica jest ogromna. Stowarzyszenie „Radzyń” efekty działania miało niestety minimalistyczne. Jeżeli chodzi o RaSIL, to działalność jest bardzo prężna, w szczególności jeśli chodzi o działalność wydawniczą. Chylę czoła przed członkami zarządu i właśnie przed wami jako redakcją, że jesteście w to zaangażowani i coś robicie. Należy podkreślić bardzo duże zaangażowanie prezesa Józefa Korulczyka. To on jest „motorem” stowarzyszenia. Trudno sobie wyobrazić działalność stowarzyszenia bez niego. Ważne jest to, żeby robić coś na rzecz lokalnej społeczności, ale nie tylko. RaSIL jest znany nie tylko w naszym powiecie, ale i w całej Polsce. Takich stowarzyszeń, które działają w różnych sferach, powinno być jak najwięcej. Myślę, że w Radzyniu mogłoby być także więcej stowarzyszeń, które działają na rzecz ludzi wykluczonych, niepełnosprawnych.

Niestety pieniądze publiczne dla stowarzyszeń zawsze były przyznawane na zasadzie uznaniowej, czyli kto jest z nami, ten dostanie środki na działalność. Przyznający często nie kierują się efektami działania. Wsparcie ze strony władz jest słabe, nie tylko jeśli chodzi o finanse, ale także o pomoc w pozyskiwaniu np. środków unijnych na ten cel. Współpracując z różnymi organizacjami, mogę powiedzieć, że powinniśmy brać przykład z powiatu włodawskiego. Tam zdobywa się bardzo dużo środków z Unii na działalność. Potrzebni są u nas w samorządach specjaliści, którzy będą koordynować takie działania.

DSC_1135

J .H.: Pan Korulczyk mówił w wywiadzie,że po przegranej Pana i M. Tracza jakość pracy rady spadła.Jak Pan sądzi, dlaczego kompetentni radni przegrywają wybory. Listę radnych można by pewnie rozszerzyć.

Nie będę się odnosił do tego, czy jakość rady spadła. Nie mnie to oceniać. Niestety muszę przyznać, że rzeczywiście z upływem lat trwania samorządu kompetentni radni częściej wypadają, na rzecz mniej kompetentnych lub uległych radnych, których jedynym celem jest zapewnienie sobie określonych profitów. Mam na myśli tu nasz kraj, a nie tylko nasz region. Najczęściej są to korzyści związane z zatrudnianiem osób. To niestety raczej nie przeszkadza mieszkańcom, a wybór zawsze należy do nich.

Od II czy III kadencji odpadali ludzie kompetentni, z charakterem, prezentujący pewien poziom. Myślę, że ludzie wolą takie osoby, które się kłaniają, klepią, proszą… Myślę, że nie jest to tylko przypadłość miasta Radzyń, to dotyczy całej Polski. Nie wiem, być może bierze się to z takiej polskiej zawiści. Nie rozumiem tego zjawiska. Ale mim zdaniem podobna sytuacja jest w naszym parlamencie.

Kiedyś rozmawiałem na ten temat z Niemcami, którzy powiedzieli mi, że wybierają takiego radnego, któremu chcieliby powierzyć swoje pieniądze. Istotnie bowiem tak naprawdę powierzamy – radzie czy burmistrzowi – nasze pieniądze. Musimy się zatem zawsze zastanowić, czy dany kandydat na radnego jest godzien zaufania i czy będzie potrafił zarządzać naszymi pieniędzmi. Żadna władza nie daje pieniędzy wbrew obiegowej opinii, ale pobiera je od obywateli w formie podatków, opłat i innych danin publicznych, a następnie je wydaje na cele publiczne lepiej lub gorzej. Czasami się spotykałem z opinią, że jak mamy trzech posłów, to nam załatwią dużo pieniędzy. Takie myślenie świadczy o braku wiedzy o funkcjonowaniu państwa. Potrzebna jest większa edukacja w trym zakresie, a to kuleje w naszym państwie.

Tak naprawdę ocena działalności burmistrza czy rady nie jest taka łatwa. Żeby właściwie to zrobić należałoby przeanalizować szereg dokumentów i mieć na ten temat wiedzę. Najczęściej ocena jest pobieżna. Kiedyś, gdy burmistrzem był Józef Korulczyk, były bardzo duże nakłady na wodociągi i  kanalizację miasta. Została wykonana największa ilość wodociągów i kanalizacji; ani wcześniej, ani później nie było na taką skalę takich inwestycji  Niektórzy mówili, że niewiele  się w mieście robi. Dlatego, że kanalizacja jest kosztowna i pod ziemią. Bardziej widoczne i tańsze w wykonaniu  np. są chodniki. Józef Korulczyk uważany był w poprzedniej kadencji za najbardziej aktywnego opozycyjnego radnego powiatu. Niestety zabrakło go w obecnej kadencji, co moim zdaniem jest ze szkodą dla działalności Rady Powiatu, ponieważ siła opozycji w powiecie znacznie zmalała.

Chciałbym powiedzieć, że mimo twardych sporów pomiędzy burmistrzem Witoldem Kowalczykiem z jednej strony, a Maciejem Traczem i mną z drugiej strony, były to spory merytoryczne, dotyczące konkretnych spraw, a nie oceny burmistrza jako człowieka. Mimo znacznych różnic nie odczuwaliśmy jakiejś nienawiści. Cenię sobie ludzi odważnych i konkretnych, a do takich należy burmistrz Kowalczyk. Myślę, że zarówno burmistrz Korulczyk, jak i burmistrz Kowalczyk, mimo swoich różniących się sympatii do partii politycznych, potrafili odciąć się od nich na gruncie samorządowym.

Nigdy nie pozwalałem sobie na wkraczanie w sprawy prywatne, rodzinne czy osobiste burmistrza Kowalczyka, bo uważam to za zwykłe świństwo. Można się różnić spierać i krytykować, ale w określonych ramach. Mam nadzieje, że mimo twardych sporów, podnoszących nam znacznie adrenalinę, pan burmistrz nie czuje do mnie urazy, bo ja do niego nie. Nie jest też tak, że nie doceniam jego zasług w wieloletniej pracy samorządowej.

J. H.:Teraz zajmuje się pan działalnością gospodarczą. Czy nie tęskni pan za samorządem?

Mam taką zasadę w sprawach zawodowych czy różnego rodzaju działalności – odchodzę, zamykam za sobą drzwi i nie tęsknię. Po prostu kończy się pewien etap w życiu i zaczyna nowy rozdział. Tak było na przykład w Spomleku i w innych miejscach. Gdy odchodziłem z pewnej instytucji, to nawet się cieszyłem i zastanawiałem się jak długo mogłem tam wytrzymać (śmiech).

Ktoś kiedyś zapytał mnie, co ja będę teraz robił. Odpowiedziałem, że mam zawsze dużo pracy. Może była ona mniej lub więcej płatna, ale nigdy nie było takiej sytuacji, że nie miałam zajęcia. Wyznawałem taką zasadę, że kiedy jestem wybrany przez społeczeństwo, wolno mi mniej niż zwykłemu obywatelowi. Nie mogę wykorzystywać stanowiska do załatwiania swoich interesów.

Pamiętam sytuację w spółdzielni mieszkaniowej, kiedy wymieniano okna. Nie było oczywiście środków, aby wymienić je wszystkim mieszkańcom naraz. Oczywiście kryterium pierwszeństwa były znajomości. Moje okna kwalifikowały się do wymiany, lecz ja nie chciałem tego zrobić, ponieważ byłem radnym. Wyznawałem zasadę, że jako osobie publicznej wolno mi mniej. Nie będąc radnym i prowadząc swoją działalność gospodarczą, mam jeden cel jak każdy przedsiębiorca – maksymalizację zysków. Może nie do końca się tym kieruję – dużo rzeczy robię jeszcze non-profit. Wbrew pozorom łatwiej mi walczyć o coś dla siebie, nie będąc radnym. Wykorzystywanie tej funkcji kłóciłoby się z moimi zasadami. Może są one głupie, ale moje.

Nie odczuwam tęsknoty. Zająłem się czymś innym, miałem czas na swoje sprawy. Zmieniłem miejsce zamieszkania i zająłem się inwestycjami. Ten czas, który poświęcałem na pracę w samorządzie, przeznaczyłem na działalność i dla rodziny. Zawsze starałem się przygotowywać do sesji rady miasta. Chciałem wiedzieć, nad czym głosuję. Nie sprowadzało się to tylko do przeczytania projektu uchwały. Zapoznawałem się zawsze szerzej z jego treścią. Dotyczyło to między innymi rozszerzenia związku komunalnego. Pozostali członkowie byli temu przeciwni. W tej chwili jest on rozszerzony, ponieważ przeanalizowałem dokumenty, z których wynikało, że przy liczbie ok. 67 tys. mieszkańców w powiecie taka inwestycja jest nieopłacalna dla samego powiatu. Taniej byłoby zawieźć śmieci do Puław. Żeby było to racjonalne, śmieci musiałyby być przywożone z terenu, który zamieszkuje 150 tys. mieszkańców. Tę wypowiedź na łamach prasy zacytował później ówczesny wójt Mirosław Kałuski, który przed rozszerzeniem związku był przeciwny temu pomysłowi. Może moja wypowiedź miała jakiś skutek pozytywny, że zmienił zdanie.

J. H. : Znajdujemy się w Pana firmie. Skąd pomysł i jak to wszystko się zaczęło?

Początek naszej inwestycji był taki, że moja żona miała być przeniesiona do pracy do Lublina, ponieważ zlikwidowano jej komórkę na poczcie. Pomyśleliśmy, że stworzymy rodzaj jakiejś działalności. Oczywiście były różne pomysły. W tym miejscu stał kiedyś budynek z cegły. Pewnego razu mój brat zaproponował, żeby coś z tym zrobić. Zamierzaliśmy zrobić tu biuro. Skorzystaliśmy ze środków unijnych, które były dla nas dużym wsparciem, nie tylko finansowym, ale i merytorycznym. Przygotowywaliśmy się do prowadzenia różnego rodzaju szkoleń, dlatego projekt inwestycji uległ rozbudowie o salę, w której się znajdujemy oraz mieszkanie na górze. No i tak z pierwotnego projektu zagospodarowania 60 m², wyszedł budynek, który ma powierzchnię 230 m².

Przeznaczyliśmy jedną z sal od początku na wynajęcie. To był nasz pomysł, aby otworzona została tu działalność gastronomiczna, ale nie chcieliśmy jej sami prowadzić. Wspomagamy zresztą tą działalność w sensie organizacyjnym i marketingowym. Jeśli chodzi o naszą działalność, to sami nie prowadzimy już szkoleń, ale odbywają się u nas szkolenia organizowane przez OIC Poland w Lublinie, ale nie tylko. Mamy salę szkoleniową z urządzeniami do wyświetlania informacji oraz miejsce na podwórku przystosowane do przeprowadzania szkoleń na powietrzu.

Zajmujemy się przede wszystkim prowadzeniem ksiąg rachunkowych i podatkowych, ale także szkoleniami BHP, opracowywaniem instrukcji. Zajmujemy się również postępowaniami administracyjnymi, pisaniem skarg, odwołań.  Musieliśmy podwyższyć swoje kwalifikacje i w dalszym ciągu je podwyższamy. Mamy z żoną ukończone studia z zakresu rachunkowości i pedagogiki oraz studia z dziedziny BHP i pozyskiwania środków unijnych. W naszym wieku nie jest to już takie łatwe,. Mimo że mamy pracę, zawsze pamiętamy o tym, że w dzisiejszych czasach  trzeba mieć coś w zanadrzu. Zawsze powtarzamy to swoim dzieciom. Córka jest psychologiem – pracuje w szpitalu MSWiA w Zielonej Górze i zajmuje się psychologią kliniczną. Syn jest bankowcem – pracuje jako dyrektor oddziału w Warszawie.

J. H. : Bardzo miło wspominam wspólny wyjazd z kockim UTW na Litwę. Okazał się pan sprawnym organizatorem…

Turystyka jest moją pasją, więc odnajduję się w organizowaniu takich wyjazdów. Czy jest to trudne… Jak każda rzecz wymaga wysiłku. Zauważył pan, że podczas pobytu na Litwie, pomimo że mieliśmy do przejechania ponad 400 km, obiad jedliśmy z 15-minutowym opóźnieniem, więc chyba nie robię tego źle. Zresztą teraz też znajomi proszą mnie, abym zorganizował jakiś wyjazd na Litwę lub do Pragi. Praca z grupami nie należy jednak do najłatwiejszych. Jest, załóżmy, 45 osób i każdy ma inne oczekiwania.

Najwięcej narzekają ludzie, którzy najmniej podróżują. Miałem taką sytuację, że pewna pani była oburzona, ponieważ musiała zostawić w hotelu dowód. Twierdziła, że nigdy wcześniej nie musiała tego robić. Dodatkowo nie smakowało jej śniadanie, kolacja… Tacy ludzie powinni po prostu zostać w domu.

KORZYSTAJĄC Z OKAZJI, CHCIAŁBYM WSZYSTKIM MIESZKAŃCOM RADZYNIA NA NOWY ROK ŻYCZYĆ WIELE DOBROCI, RADOŚCI, SZCZĘŚCIA OSOBISTEGO.

Dziękuję za rozmowę

Jakub Hapka

Na portalu od jesieni 2012 r. Najpierw jako felietonista, od maja 2015 redaktor naczelny. Absolwent polonistyki UMCS. Fan futbolu.

Poszukiwany zatrzymany

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Odbiór odpadów niesegregowanych dwa razy w miesiącu

Liczba komentarzy 1

  1. Andrzej Kotyła
    04/01/2016

    Pozdrawiam Pana Zdzisława. Zgadzam się z wyrażonymi przez Niego poglądami: cyt: „Człowiek, który nie jest kontrolowany, zawsze zejdzie na manowce, a władza skupiona w jednym ręku jest zawsze władzą negatywną.”, „Jeżeli jedna opcja polityczna przejmuje władzę, to bierze wszystko. To moim zdaniem świadczy o pewnym prymitywizmie.”, „Moim celem jest pokazanie ludziom, że najwyższym organem władzy w gminie jest społeczeństwo, a nie wójt i rada.”

Skomentuj