banner

Bierz ciało, póki dają

Podczas wojny rosyjsko-ukraińskiej, która trwa już piąty rok, zaginęło bez wieści co najmniej 403 ukraińskich żołnierzy. Jak przeżywają to ich rodziny?

Brzmi to jak tytuł filmu wojennego: „zaginiony w akcji. Ale dla rodzin zaginionych to wyrok, w którym zawierają się iskra nadziei, bezmiar niepewności i największa tortura – bezsilność.

Ilu z nich żyje? Nie wiadomo. Strona rosyjska zaprzecza, aby przetrzymywała kogoś spoza oficjalnej listy jeńców, których zwolnienie jest omawiane podczas spotkań w Mińsku.OBWE i Czerwony Krzyż nie są wpuszczane do więzień na okupowanych terytoriach Donbasu.

Ilu z nich zginęło? Państwo ukraińskie nie reguluje statusu zaginionych, gdyż na Ukrainie oficjalnie wojny nie ma; także międzynarodowe organizacje nie zajmują się poszukiwaniami ciał.

Jedynie matki i ojcowie(choć najczęściej matki, niewygodni dla obu stron konfliktu, wciąż szukają swoich dzieci. Żywych albo umarłych.

Nawet nie zadzwonili

„Brat mojej matki walczył w polskiej armii podczas II wojny światowej. Posyłam ci list o moim zaginionym synu. Z poważaniem, matka żołnierza, Jadwiga Zygmuntowna Łozińska„.

60-letnia kobieta (matka Andrzeja) – uważa się za Polkę. Pisze do mnie po polsku (z błędami). Potem okaże się, że wysyła takie listy do każdej osoby z polskim nazwiskiem, z którą zetknie się w przestrzeni internetowej. A nuż ktoś pomoże?

Dla niej bieg czasu wyznacza nie kalendarz, lecz oczekiwanie na powrót syna. Od czterech lat. W chwili, gdy korespondujemy, naliczyła już 1380 dni bez niego.

Mieszka w Dniprze (dawny Dniepropietrowsk), na wschodzie. Spotykamy się w Kijowie. Wysoka, krótko ostrzyżona. Usta w gorzkim grymasie, nawet gdy uśmiecha się na powitanie. Idzie z trudem, co kilka metrów musi się zatrzymywać. – Nie ma co się nad sobą użalać – mówi twardo. Ma kłopoty z chodzeniem. Ale szukając syna, przemierza tysiące kilometrów.

Głośno łapie oddech i wyrzuca z siebie informacje. Mówi, że chce jechać do Polski, by prosić polskie władze o pomoc. Jest rosyjskojęzyczna, ale w myślach skleja sobie po polsku łamane zdania, które wypowie, jeśli uda jej się spotkać z polskim dyplomatą.

– Andrij miał 22 lata, gdy mobilizowali go do armii. A jak zniknął, to przestał ich obchodzić. Tylko nie pisz o nim tak, jakby nie żył! – zaznacza. – Jestem księgową, interesują mnie fakty i liczby. Nie ma dowodu, że nie żyje. Za to były informacje, że jest w niewoli. W zachodnich filmach, gdy z żołnierzem służącym ojczyźnie stanie się coś złego, do bliskich przybywa honorowa delegacja: poważni wojskowi, czapki w dłoniach, wyrazy szacunku…

Jadwiga macha ręką. -Do mnie nawet nie zadzwonili. Sama zaczęłam szukać, bo mój Andrij coś za długo nie odbierał telefonu. Nie miałam przeczuć. Każda matka zrozumie, o czym mówię. Czy można nie wyczuć śmierci jedynego dziecka? Przecież to tak, jakby część mnie umarła. Wcześniej matczyna intuicja mnie ostrzegała nawet, gdy miał zachorować. A tu cały dzień byłam spokojna, siedziałam w biurze. O tym, że pod Iłowajskiem była wielka bitwa, dowiedziałam się z radia. Zadzwoniłam do dowództwa batalionu syna. Dowiedziałam się tylko, że z naszej brygady zaginęło ponad stu żołnierzy.

Jadwiga: – Potem w prokuraturze wojskowej posadzili mnie przed ekranem komputera. Pokazywali zdjęcia 300 ciał. Siedziałam i oglądałam. Mojego dziecka tam nie było. Niektóre matki mdlały przy tym komputerze. Karetka jeździła tam i z powrotem.

Zaczęłyśmy się zbierać, wymieniałyśmy numery telefonów. Okazało się, że nie ma nawet organu, który zajmowałby się naszym problemem. Z Ministerstwa Obrony wysyłali nas do Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, stąd do Ministerstwa Zdrowia, tamci znowu do MON

O, idzie trup!

Jadwiga: -Na początku jeździłyśmy razem po szpitalach i kostnicach. Niektóre matki rozpoznawały synów. Chodząc od ciała do ciała, nagle któraś zaczynała szlochać i już było wiadomo. Obejmowały spalone ciała, takie, że wydawałoby się, że nic nie można w nich rozpoznać. A jednak serce matki mówiło im, że to ich dzieci, krew z krwi. Andrija tam nie było.

– Potem zaczęły się pojawiać listy jeńców, na których on figurował- opowiada. – I znów nikt nam nie mógł nic powiedzieć. Zimą pojechałam do Iłowajska. Wciąż widać było ślady po bitwie, ale ciał już nie. Posprzątali. Czego tu szukać? Kości wśród śniegu? Pojechałam do Doniecka, żeby dowiadywać się od separatystów i miejscowych o punktach, gdzie są trzymani jeńcy. Niektórych nie ma na żadnej oficjalnej liście. Czasem tych jeńców ktoś zobaczy, gdy ich przewożą z więzienia do więzienia. Trzymają ich razem ze zwykłymi przestępcami. Nie wpuszczają tam OBWE ani Czerwonego Krzyża. I mnie też nie wpuścili, choć tam może być mój syn.

Jednego chłopaka znalazłam – dodaje. – Separatyści mi go pokazali, w piwnicy. W tym czasie jego rodzina zidentyfikowała obce ciało, szykowali pogrzeb! Po paru miesiącach został wymieniony.

O, idzie trup”, żartowali separatyści o nim, jak wyszedł. Tak znalazłam cudze dziecko, a mojego nie. Lera, dziewczyna Andrija, poroniła ze stresu. Byłby wnuczek… No nic, jeszcze będzie następny – uśmiecha się przez chwilę, ale kąciki ust szybko opadają.

W kijowskiej prokuraturze wojskowej są zeznania osób, które miały widzieć syna Jadwigi kilka miesięcy po bitwie. Są też inne zeznania, że został rozstrzelany kilka dni po tym, jak dostał się do niewoli.

Zabieraj, nie histeryzuj

Pół roku po bitwie odebrała telefon z kostnicy, aby zabrała syna. – Choć jednocześnie był na liście jeńców! – podkreśla. Pokazali jej zdjęcie jakiegoś ciała, opisanego numerem 3207. Zwłoki trudne do rozpoznania, spalone.

– Moje dziecko dziesięć dni przed tą bitwą wychodziło z domu ładnie ostrzyżone. Włosy miał na centymetr długości. A u trupa: >siedem-osiem. Włosy tak szybko nie rosną!- wykrzykuje. – Poza tym w medycznej dokumentacji jest informacja, że ten chłopak zginął od odłamków. To rozstrzelali go czy nie?

-Odpowiedziałam, że nie wezmę, bo to nie mój syn – wspomina. -A oni: „Bierz ciało, póki dają. Jeszcze będziecie się bić o te trupy. Że niby zechcemy uznać synów martwymi, a ciał nie starczy już dla wszystkich. To chyba najlepiej opisuje sytuację w naszym kraju. Zabieraj, babo, jakiekolwiek ciało i nie histeryzuj! Czasem sobie myślę: biedny ten. Komu go dali?

U nas jest DNA po sowiecku.
Jednej naszej mamie proponowali oddanie głowy z kostnicy w Dniprze i trzy nogi, które były w Zaporożu. Trzy nogi, wszystkie trzy potwierdzone przez państwowe DNA! – oburza się. – Bywa też, że do DNA rodziców pasuje kilka ciał albo odwrotnie: kilku rodziców do jednego ciała.

Na cmentarzach w Zaporożu i Dniprze od czterech lat spoczywają niezidentyfikowani polegli, opisani numerami. Tamtego krwawego lata 2014 r. oba miasta nagle stały się głównym zapleczem frontu. Potok rannych i zabitych przerósł możliwości struktur sanitarnych. Zwiezione z pól bitewnych ciała chowano w pośpiechu i chaosie.

Kilka tygodni temu na Ukrainie wybuchł skandal: gdzieś w polu znaleziono 36 porzuconych worków z ubraniami poległych.
Jadwiga: – Postawią im pomnik nieznanego żołnierza. Dopóki jakaś międzynarodowa organizacja nie wykopie jeszcze raz wszystkich chłopców do ekshumacji, to te „wyniki DNA” są warte mniej niż prognoza pogody. Władza zabrała naszych synów na wojnę, a teraz nie puszcza ich spokojnie do nieba. Czemu?

Reguły wojny

Alina Pawljuk, prawniczka z Regionalnego Centrum Praw Człowieka: – Sytuacja osób zaginionych jest na Ukrainie tragiczna. Według konwencji genewskiej obie strony konfliktu powinny dołożyć wszelkich starań, by wesprzeć poszukiwania zaginionych a także udostępniać informacje o pochowanych na ich terytorium ciałach i spisach jeńców. Ale Rosja łamie prawo nawet w przypadku żywych jeńców, czego więc spodziewać się w kwestii zmarłych?

– Z kolei na Ukrainie wciąż nie ma ustawy, regulującej status prawny i system poszukiwań zaginionych – mówi Pawljuk. – Nie ma też instytucji, która by się nimi zajmowała. Prawnie stosuje się tu takie normy jak w cywilnym życiu. To znaczy, że po trzech latach można uznać taką osobę za zmarłą, nawet jeśli są przesłanki, iż może przebywać w niewoli.

Ostatnio można zaobserwować zwiększenie liczby wniosków do sądu o uznanie zaginionych za zmarłych. Pawljuk: – .

Kobieta z drugiej strony

– My chcemy po prostu naszych dzieci!

– gdy zaczyna przemawiać, jej zmęczone oczy błyszczą jak w gorączce.

– Nie interesuje mnie polityka, tylko pomoc matkom, takim jak ja. Niezależnie od tego, po której stronie walczyły ich dzieci. Dlatego zainicjowałam akcję „Matki na zerach”. To znaczy na linii zero, między walczącymi stronami.

Osiem kobiet przyjechało z różnych części Ukrainy do przyfrontowej Marjinki. Siedzą przy biurku w domu kultury. Czekają, aż przyjadą do nich matki separatystów. Pod stołem postawiły reklamówki. Przywiozły barszcz, termosy z herbatą, kiełbasę na kanapki.

Po kilku godzinach czekania okazuje się, że z okupowanych przez Rosję terytoriów obwodu donieckiego i ługańskiego w drogę wyruszyły cztery matki. Ale trzy zostały zatrzymane jeszcze przez separatystów. Jedna – już na ukraińskim posterunku. Potem zamknięto lokalny punkt „graniczny” między Ukrainą i tzw. Doniecką Republiką.

Ukraiński sztab Operacji Zjednoczonych Sił (tak dziś nazywa się dawne ATO) wyjaśnił to koniecznością „zapobiegania prowokacjom”. Kobiety z Marjinki odebrały to tak, że rząd w Kijowie nie życzy sobie ich kontaktów z drugą stroną.- Zatrzymali tamtą matkę z Doniecka, choć miała wszystkie pozwolenia! – oburzają się. – Sami nie szukają dzieci i nam szukać nie pozwalają! Całe przejście zamknęli, żeby zatrzymać jedną kobietę!

Matka zaginionego wroga stała się dla nich dziwnie bliska. Zachowują się tak, jakby to ich rodzoną siostrę zatrzymano właśnie pomiędzy liniami frontu.

Na spotkaniu zjawia się szefowa misji OBWE z Doniecka. Ta sama, w związku z którą wybuchł jakiś czas temu skandal, gdy internauci znaleźli jej zdjęcia z tzw. wstążką georgijewską, symbolem separatystów.

Ale matek nie obchodzą spory o obiektywność i bezstronność pracowników misji OBWE. Cieszą się, że ktoś chce ich wysłuchać.

Przedstawicielce OBWE pokazują plakat. Na nim: 12 zdjęć uśmiechniętych młodych mężczyzn. Nad głowami mają napis „Żywi, zapomniani, w niewoli„.

– To mój, a to mój- mówią jedna przez drugą. Może przedstawicielka OBWE zapamięta?

Siedzący na trawie, uśmiechnięty chłopak to Aleksander. Zaginął w bitwie o Debalcewe w lutym 2015 r. Jego matka, Lila, trzyma kurczowo zdjęcie. – Zobaczyliśmy go w rosyjskiej telewizji. Powiedział przed kamerą, że chce wrócić do domu, bo żona jest w ciąży. Nie wrócił- płacze. – Jak mam uznać go za martwego, skoro widziałam, że żył?

– Nikt z władz nie chce nas słuchać. Chcą nam dzieci żywcem pochować! -żalą się. – Mówią nam, że teraz zajmują się jeńcami z oficjalnej listy, a potem dopiero będzie czas dla nas. Sugerują, że jesteśmy w afekcie. Emocje? Każda z nas czuła je może przez pierwsze trzy miesiące. Potem emocje się skończyły. I łzy też.

Krwawe szczęście

Kateryna Chomiak jest etniczną Rosjanką, pochodzi z Uralu. Mieszka pod Łuckiem na Wołyniu (matka Wołodii i Dmytra). Na wojnę z Rosją poszło na ochotnika jej dwóch synów.

Kateryna: – Pewnego dnia przeczytałam w internecie, że na wojnie zginęło dwóch braci. Od razu zrozumiałam, że to moi – mówi cicho starsza pulchna kobieta. -Szczastie, miejscowość, w której to się stało, znaczy „szczęście”. Tam moje szczęście się skończyło. Od czterech lat płaczę z bezsilności. Pokazuję wszystkim zdjęcia moich chłopców. Zobacz, wyglądają jak bliźniacy.

We wrześniu 2014 r. grupa żołnierzy z ochotniczego batalionu „Ajdar”, w której byli 23-letni Wołodia i 19-letni Dmytro, dostała się w zasadzkę pod Ługańskiem. Zginęło ponad 30 Ukraińców. Dwie godziny później weszło w życie oficjalne zawieszenie broni (pierwsze z wielu, jakie potem nastąpiły).

Po boju separatyści wystawili do internetu wideo, na którym było widać zakrwawiony dowód osobisty mojego Dimy. Przeczytali nazwisko. Obok leżało ciało. Nie było widać twarzy, ale poznałam, że to on. Tylko co się z nim dalej stało? Nie pytam, kto go zabił. Pytam, dzie są kości!

– Zaraz po walce mieliśmy informację, że w niewoli w Ługańsku jest 20 żołnierzy z regularnej armii i jeden z „Ajdaru” – opowiada. – To może choć Wołodia żyje? Potem zmienili wersję i zaczęli mówić, że nikt nie przeżył. Zadzwonili, żebym zabrała sobie moje trupy. Ale nie powiedzieli, gdzie są zakopane. To jak mam zabrać?

Kateryna stała się znana w kraju: jest jedyną matką na Ukrainie, której dwóch synów zaginęło bez wieści.
– Skoro służby państwowe nie pracują, musimy brać sprawy w swoje ręce – mówi. – W każdej chwili mogę pójść na drugą stronę. Zrobię wszystko, żeby przywieźć chłopców do domu. Nie boję się. Od czterech lat nie mam w domu dwójki dzieci. Nic gorszego już nie przeżyję. Przyjechałam ponad tysiąc kilometrów do Marjinki, by spotkać się z mamami separatystów. Ich dzieci też nikt nie szuka. Przeżywamy to samo. Pomogę im, a one pomogą szukać moich synów.

pan>.

Czy zastanawia się nad tym, że może mieć do czynienia z matką zabójcy jej dzieci? Odpowiada stanowczo: – Nie pytam ich, gdzie walczyli ich synowie. Matka matkę zrozumie.

Niedawno Katerynie przyśnił się Wołodia: – Powiedział do mnie tak spokojnie:„Wszystko dobrze, mamo, niedługo wrócimy”.

– U nas cała wioska chodzi za moich chłopców do cerkwi – dodaje. – Ludzie pytają mnie: „Jak modlić się za twoje dzieci? Za wieczny odpoczynek czy za zdrowie?„.

Mama cię nie opuści

Pawłohrad to górnicze miasto, położone nieco na wschód od Dnipra. Mieszka tu Swieta.

– Kiedy mąż odszedł, zostałam sama z dwiema córeczkami i synem – mówi zadbana brunetka o smutnych oczach.

Ten syn, zaginął.

Swieta: – Przyszły wyniki DNA. Ciało rozwalone, bez głowy. Mój syn miał tatuaż na ręce. A tu ciało bez tatuażu. I pierś wielka, owłosiona. U mojego chłopca na klatce nie było jednego włoska. On był chudziutki blondynek, a to ciało wielkie. Pokazałam zdjęcia lekarzowi, ocenił wiek na 35-40 lat. A mój miał 19 lat. Rozmiar butów, które oddali, to 45-46. Mój miał 41-42Maksym napisał z niewoli do matki, przez jeden z portali społecznościowych. Swieta pokazuje wiadomości. Porównuje z innymi, które syn pisał wcześniej, żeby pokazać styl rozmowy syna.

Maksym pytał o swoją dziewczynę, o młodsze rodzeństwo, wymieniał nazwiska kolegów, którzy są z nim w niewoli, a także zaginęli. Prosił mamę, żeby nie zgadzała się na dawanie pieniędzy nikomu, kto obiecywałby zwolnienie go za okup. I żeby nikomu nie mówiła, że ma dostęp do telefonu.

Dla Swiety te wiadomości były przede wszystkim dowodem, że syn żyje. Pokazała je ukraińskim służbom i przedstawicielom separatystycznych republik.

Maksym więcej nie napisał.

Swieta: – Najstraszniejsze jest to, że nasza rada miejska zaproponowała mi, żebym uznała go za zaginionego albo martwego, a wtedy córce zorganizują uniwersytet w Polsce. A ja żądam, by miał status jeńca, bo jest w niewoli. Ale separatyści nie przyznają się, że go mają. Jak mogę wyrzec się jednego dziecka, żeby budować przyszłość dla drugiego? Mój chłopiec żyje. Obiecałam mu, że go znajdę – wyjmuje puderniczkę, wyciera chusteczką rozmazany tusz do rzęs.

Pokazuje ostatni list, jaki napisała do syna: „Słoneczko, kochamy cię, bądź silny, mama cię nigdy nie opuści„.

– Na kilka miesięcy przed wybuchem wojny, śniło mi się, że przyjeżdżam do Dnipra i na centralnym placu miasta są wykopane otwarte groby, i że ja w tych grobach szukam synka – wspomina. – Czule biorę do rąk każdy piszczel, oglądam czaszki i liczę zęby, jakbym sprawdzała mleczaki u małych dzieci. I w ogóle się nie boję, jakbym ich wszystkich znała. A teraz ten koszmar to moja jawa

Znajome kroki

Siedzimy w jednopokojowym zagraconym mieszkanku na blokowisku Dnipra.

Jadwiga z trudem przeciska się między tapczanem i szafą: – Nam było dobrze razem, żyliśmy tu sobie spokojnie. Bez niego mieszkanie wydaje mi się takie wielkie.

– To moje centrum dowodzenia – mówi o stosach papierów, zsypujących się z sowieckiej jeszcze meblościanki. Są tu informacje o zaginionych żołnierzach, kopie rozkazów, opisy ciał z kostnic, zdjęcia syna.

Siada na ziemi, przegląda papiery. – O, tu są dokumenty moich rodziców – znajduje wreszcie. – Zobacz, mój ojciec Zygmunt, jest zaznaczone: narodowość polska!

– Moja młodość przypadła na czasy sowieckie. O tym, żeby wrócić do Polski, mogliśmy tylko śnić – wspomina. – Bardzo chciałam, żeby syn uczył się polskiego. Należeliśmy do Związku Polaków w Dniprze, wysyłałam go na kursy języka. Nie zgodziłam się, aby przyjął nazwisko męża. Chciałam, żeby miał moje polskie nazwisko, żeby nazywał się Andrzej Łoziński. Myślałam, że mu to w przyszłości pomoże… – opowiada. -Ale nadeszła wojna.

– Może to ja jestem winna<? – zastanawia się. – Cała ulica dawała łapówki, żeby tylko uniknąć mobilizacji. Teraz ludzie pokazują mnie palcami i mówią: „Głupio zrobiłaś, pieniędzy ci było szkoda?”. A ja na wyprawkę dla niego do armii, na mundur i buty, wydałam więcej niż oni na to, żeby synów od poboru wykupić. Teraz ich synowie żyją, a mojego nie ma.

Od czterech lat Jadwiga zasypia tylko przy włączonym świetle i telewizorze. Akurat trwa emisja jakiegoś serialu. Grupa komandosów ryzykuje życie, by uratować porwanego turystę. – Żeby u nas tak było… – wzdycha.

Ogląda film z półprzymkniętymi powiekami, póki nie wpadnie w półsen. Gdy jest przerwa na reklamy, gwałtownie otwiera oczy. Rozgląda się. Jest Andrzej? Nie ma.

Na sugestie, aby jednak zrobić znów test DNA odpowiada tylko: – Wiem, że żyje.

Gdy syn zaginął, nie zamykała drzwi na noc. Na wypadek, gdyby nagle wrócił. Teraz, po czterech latach, zaczęła je znów zamykać. Ale nocą jest czujna. Drzemie i nasłuchuje. Gotowa biec do drzwi, gdy tylko na korytarzu rozlegnie się znajomy odgłos szybkich kroków.

Czy patriotyzm się dziedziczy?

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Fryzjerzy a sprawa radzyńska

Skomentuj