banner

Aktywne chorowanie

Rano chciałem szukać miłości mej, lecz rzekł facet w radio – zrozumieć chciej!/ Że to nie pora, że sodoma i grzech, że znów nas wyprzedził Węgier i Czech/ Że wreszcie jest czas, by dać wszystko z nas…

Już dobrze po świętach i po Nowym Roku, a wielu z nas, wciąż tkwi w okresie, gdy „miłość” z piosenki Rynkowskiego może zastąpić słowem „zdrowie”.

Podleczani domową apteczką, wygrzaniem się pod pierzynami lub owinięci pledami otaczamy się niezbędnikami, by już nie wstawać. Rozkładani gorączką, wirusówką klepiemy w klawisze, pracujemy na laptopach, próbujemy czytać, wracamy do starych lektur, sentymentalnych tytułów filmowych.

Na nieśmiałe propozycje domostwa o wizycie u lekarza i pójście na zwolnienie, odpowiadamy niczym Dyzma: A kto to będzie robił? Czujemy się niezastąpieni, co w wielu przypadkach ma swoje potwierdzenie w starej jak świat myśli – jak sam nie zrobisz, to nie będzie zrobione.

Chorujemy więc aktywnie – przez 8 godzin w pracy, potem w domu. Pijemy parę kubków rozgrzewających leków, łykamy pastylki. Słuchając podpowiedzi wcinamy czosnek i cebulę, wracamy do mleka z miodem. Przechodzi?

Świętej pamięci Johny Plisiecki z filmoznawstwa na UMCS-ie (co drugi tydzień poniedziałek zaczynałem do wizyty w kinie), przed jednym z seansów ściskając za ramię jedną ze studentek (tradycyjne 3. pytania przed seansem) powiedział: Mam do Was gorącą prośbę – nadstawiliśmy ucha, czekając na jedną z jego życiowych mądrości (polskie kino to sinusoida). Pewnie zwróci nam uwagę na pewien szczegół, ważny u niego rekwizyt grający. Johny rzekł coś w stylu: Ubierajcie się ciepło, bierzcie jakieś leki, chrońcie szyje – bo niedługo sam będę te filmy oglądał.

Zdrowia!

Jakub Hapka

Na portalu od jesieni 2012 r. Najpierw jako felietonista, od maja 2015 redaktor naczelny. Absolwent polonistyki UMCS. Fan futbolu.

Rekonstrukcja czy dekonstrukcja?

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Pańszczyzna

Skomentuj