banner

„SMOLEŃSK”. Film.

Wyjazd z parafii Św. Anny do kina w Siedlcach w czwartkowy wieczór zgromadził 20 chętnych. Szału nie ma. Odpowiednie media odpowiednio wcześniej zadbały o to, żeby „ludzie na poziomie” (bez oglądania „Smoleńska”, bo po co) byli przekonani do dwóch kwestii: 1. To film wyłącznie dla „wyznawców zamachu”, czyli ogólnie mówiąc „pisowców z sekty smoleńskiej”, 2. Ten film to artystyczne dno.

To nieprawda.

W kinie, jak na późny seans, ludzi sporo. Oglądają w absolutnej ciszy tę opowieść o wielkim zakłamaniu i o rodzącym się przeciwko niemu buncie – w wymiarze indywidualnym i zbiorowym.

Film Antoniego Krauze, zwłaszcza w pierwszej części, czasami traci tempo, kadry dokumentalne nie zawsze współgrają z fabułą, niektóre epizody grają lepsi aktorzy od tych kreujących role główne, ale pogardliwe recenzje „Gazety Wyborczej” nijak się mają do rzeczywistości. A ostatnia scena (spotkanie ofiar Smoleńska z ofiarami Katynia), scena, z której kpili wręcz niemiłosiernie, jest prosta i piękna.

Problem w tym, że jest to film dla tych, którzy i tak go nie obejrzą…

Wspomnienia Karola Hurko, cz. 3

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

17 września ’39 we wspomnieniach Karola Hurko, cz. 4