banner

Żżycie

Podstawową satysfakcją rocznej pracy w gimbazie, którą podczas postępowania klasyfikacyjnego przedstawił Belfer, były objawy zaprzyjaźnienia się, a może nawet zżycia ze swoimi uczniami.

Przedstawiało się to w ten sposób, iż gimbusy czynnie odnosiły się do stanu emocjonalnego swego ponoć ulubionego nauczyciela.

I tak, kiedy pewnego razu był jakiś przygnębiony, nie zdążyło minąć kilka minut, a już został zasypany pytaniami, pocieszeniami i prośbami o uśmiech. Gdy mimo to nadal grymas twarzy Belfra się nie zmienił, jedna z trzecioklasistek wpadła na właściwy dla siebie pomysł.

– Proszę pana! Przybije pan piątkę i od razu będzie panu lepiej. Zobaczy pan…

– Niech będzie – rzekł nauczyciel i serdecznie się uśmiechnął. – Dzięki.

* * *

Jedna z klas drugich w tym względzie doszła niemal do perfekcji. Kiedy np. Belfer zirytował się na niektórych rozgadanych uczniów i dał im tzw. żółtą kartkę, wówczas odezwał się pewien uczeń (nie spośród tych zagrożonych represjami).

– Proszę pana coś się stało? Jest pan dziś jakiś taki nerwowy. Znowu pierwszaki pana wkurzyły?

– Tak…

– Ej! – krzyknął do klasy współczujący uczeń. – Zamknijcie mordy! Pan miał lekcje z pierwszą „a”!

– Dzięki Bartuś! – rzekł zmęczonym głosem nauczyciel. – Ale mogłeś się obyć bez mordów.

– Z niektórymi tak trzeba – odezwała się pewna uczennica i także upomniała koleżanki. – Zamknijcie się już dziewczyny, bo pan dziś nie ma siły, żeby się z nami użerać!

– Dzięki Julka!

– No to teraz pan opowiada, a my będziemy cicho słuchać.

* * *

Swego czasu Belfer poinformował wyżej wymienioną klasę, iż w następnym tygodniu lekcję u nich będzie wizytowała pani dyrektor.

– Znowu?!

– No co wy – rzekł z przekorą – nie lubicie pani dyrektor?…

– No lubimy… ale czemu ona zawsze na naszą lekcję przychodzi?

– Zawsze? Przecież była tylko jeden raz.

– No i wystarczy. Nie mógł pan jej zaprosić na lekcję do pierwszaków?

– Chciałem tak zrobić, ale tylko ten termin się zgrywał. Także wybaczcie…

– No dobra… Jakoś przeżyjemy…

– Dzięki.

– Tylko pan zada nam jakąś większą pracę domową – odezwała się klasowa prymuska – żeby nie było, że pan za mało zadaje.

– Nie uwierzysz Julka – parsknął śmiechem nauczyciel – ale taki miałem zamiar.

– O, to dobrze; raz możemy się poświęcić, żeby pan dobrą opinię dostał.

– To my napiszemy prasówki – zadeklarowały się 3-4 osoby.

– Jak chcecie.

– A ja się nauczę i zgłoszę do odpowiedzi.

– Nie! – zaprzeczył nagle Belfer. – Wybacz Rafał, ale lepiej nie…

– Ale czemu? – zdumiał się potencjalny aktywista. – Czemu ja nie mogę?

– Bowiem, jak rzekł pewien stary dyrektor z jednego sitcomu: „Jak jest dobrze, to jest dobrze; ale, jak jest za dobrze, to dobrze nie jest!”

– No właśnie Rafał – odezwał się ktoś, uświadamiając swego kolegę – to już byłoby przegięcie.

* * *

Ostatnie dowody na zżycie się ze swoim nauczycielem okazali trzecioklasiści… a raczej: trzecioklasistki, tuż przed końcem roku.

– Zobaczy pan – rzekła jedna z niezachwianą pewnością siebie – jeszcze pan umrze z tęsknoty za nami.

– Oj Werka, umrzeć, to może nie umrę, ale tęsknić, to na pewno będę.

Inna, pod koniec pewnych zajęć świetlicowych, przysiadła się obok i z rozmachem położyła rękę na belfrowym ramieniu…

– A ja – zadeklarowała wzdychając – to będę za panem tęsknić.

– Dzięki Sara, ja za tobą też – odparł lekko wzruszonym tonem nauczyciel. Przy czym zdjął dłoń uczennicy ze swego ramienia, dodając pryncypialnie – Ale znasz zasady: nie można spoufalać się z nauczycielem.

– No wiem, wiem: dopiero po zakończeniu gimnazjum.

– Mniej więcej, tak.

– Ale proszę pana! Przecież wtedy, to ja prawie nie będę pana widywała…

– Takie życie… Często, ale z dystansem, albo rzadko, a serdecznie.

 

Umie chodzić? Niech sprząta

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Wspomnienia Karola Hurko. cz. 42

Skomentuj