banner

David Bowie (1947 – 2016)

Koniec 2015 roku i początek roku 2016 nie były łaskawe dla muzyki rockowej – 28 grudnia zmarł Lemmy z Motorhead, a 10 stycznia David Bowie.

Co ciekawe, jeden i drugi artysta zmarł zaraz po swoich urodzinach – Lemmy 24 grudnia dobił 70-tki, Bowie się o nią otarł kończąc 8 stycznia 69 lat. Artystów łączy jeszcze jedno – przyczyna śmierci – rak.

Nie mają teraz sensu frazesu typu: „był tu muzyk wszechstronny”, czy też, że „jego muzyka jest tak różnorodna, że wymyka się formalnym ramom” – pisać tak, to jakby nie napisać nic – to wie każdy, kto choć trochę zna artystyczny dorobek Bowiego. Ja przygodę z jego muzyką zacząłem ponad dekadę temu – pierwszy kontakt nastąpił poprzez płytę koncertową „Serious Moonlight”, a potem sięgnąłem po kanon: „Space Oddity”, „The Man Who Sold The World”, „Hunky Dory”, „Ziggy Stardut”„Heroses”, czy „Let’s Dance”. Ostatnio Bowie powrócił do mnie w postaci książkowej – pod choinkę dostałem biografię muzyka autorstwa Paula Trynki. W jednej z recenzji tejże książki napisano, że jest to biografia „naprawdę ostateczna”, jednak biografia naprawdę ostateczna będzie możliwa dopiero teraz.

W dniu 69. urodzin Bowiego, a więc dwa dni przed śmiercią, ukazała się jego 25 płyta studyjna zatytułowana „Blackstar”. Jest dziś już pewne, że znajdujący się na niej utwór „Lazarus” wejdzie do żelaznego kanonu dorobku Bowiego. Wszystko za sprawą tekstu:

Spójrz tutaj, jestem w niebie
Noszę blizny których nie zobaczysz
Przeżywam tragedię, nikt mi jej nie odbierze
Wszyscy mnie teraz znają.

Egzystencjalny wymiar tego teksu, jak i całego utworu “Lazarus” był jasny od samego początku, ale nikt chyba nie podejrzewał, że aż tak bezpośrednio odnosi się do samego Bowiego. Ale muzyk nagrywając  „Blackstar” wiedział już, że umiera. Świadczy o tym nie tylko sama piosenka, ale i nakręcony do niej teledysk – Bowie z bandażem na oczach leży w szpitalnym łóżku, kurczowo ściska prześcieradło (strach przed śmiercią?), przybiera pozy a’la Andy Warhol (jego idol), nerwowo czyni jakieś zapiski (pisze testament?), by na końcu wejść w czarną otchłań szafy (alegoria trumny? śmierć?). Ten, nine, eight, seven, six, five, four, three, two, one, liftoff…

Na wieść  o śmierci Davida Bowiego na pewien czas zastygł cały artystyczny świat. Już 11 stycznia muzyczny hołd oddał artyście Jordan Ruddes z Dream Theater, grając na fortepianie klasyk „Space Oddity”.

Geneza antyklerykalizmu

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Wielki przekręt sfrustrowanego Owsiaka.

Skomentuj