banner

Dawno temu nad rzeką Białą III, cz. 7

Śmok w mroku wieczora opuszczał kruchtę, gdzie w pokorze przyjął przygarść popiołu na głowę i słowa kapłańskie „z prochuś powstał, w proch się obrócisz”. Tem łacniej je przyjął, że łeb go jeszcze bolał po kusakowej pół-nocy.

A w takich stanach człek łatwo uświadamia sobie kruchość swoję, zbliżający się krok po kroku kres żywota – i poprawę obiecuje solenną, po której to po prawdzie najdalej już o okolicy Świętego Józefa śladu ni ma…

I kiedy tak rozmyślał o Świętym Józefie zoczył, nomen omen, Józwę na czele wielkiej ludzkiej czeredy. Marsz to był pamięci rycerzy wniebowziętych, któren to marsz Józwa właśnie, Zbych Mnich, McElrus, Skrajny Prawica, Młody Rozdziawa i Kurwin, wespół ze Starym Obertasem i młodym Straszakiem z Podrzecza, co w radzie monarszej zasiadał, wiedli przez Dzyńdzyń już któryś rok z rzędu.

Niegdyś, powiadali ludzie, Józwa wiódł marsz wespół i w zgodzie z rycerzem Rębajłą i jego świtą, dziś komes Rębajło kroczył jako prosty człek w tłumie, a w pobok niego wierny Jadam i młody, a okrutny, Oberek. Śmok zrazu patrzał tylko na ów pochód, ale wiedzion ciekawością ruszył za wszystkiemi. Weszli na dziedziniec dzyńdzyńskiego kasztelu. Przy świetle pochodni mowy trzymali co znaczniejsi – w tej liczbie młody Straszak, McElrus, Stary Obertas i Józwa. Naraz komes Rębajło ruszył ku nim żwawym krokiem i rzekł – choć, prawdę mówięcy, Śmok z powodu bolącej głowy nie ufał własnym uszom – że pokory wszystkim trza, i w związku z tem on nie gość tu, a gospodarz, a nade wszystko, że Józwa niegdyś miał chorobę czerwonych oczu i z tejże przyczyny niegodzien jest takie marsze wodzić.

Szum poszedł po tłumie, Józwa odparł krótko, że to kompromitacyja komesa, a Zbych Mnich tylko oczy wzniósł ku niebu…Ludkowie jak niepyszni rozchodzić się poczęli w granatową noc, ale przystawali w małych kupkach i szeptali o zdarzeniu. Śmok wyłapywał strzępy ich mowy w wieczornej mgle: „Kłócić się rzeczą ludzką jest, nawet mąż z żoną muszą czasem coby lepiej między niemi było, ale nie czas to i nie miejsce, nie potośmy tu przyszli…”, „Pewnikiem to czary jakoweś komesa opętały…”, „A i Józwa też uparty jak…”, „Juści, Rysiłła już kosmate łapy zaciera, a Współdroga złote monety rachuje…”, „O nierządne królestwo i zginienia bliskie…”.

A potem odszedł w mrok, smutny czegoś. Dumał o rycerzach wniebowziętych, którzy – gdyby tu tylko być mogli – pogwarzyliby inaczej z całem tem towarzystwem. A potem na myśl mu przyszedł, w dawnych latach poznany, akuratny na Popielec, ustęp:

Hop panienki do trumienki.

Hej boginie, wszystko zginie.

Pusta flasza cię odstrasza,

pusta krypta cię zaprasza…

Pożyczka

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Wspomnienia Karola Hurko, cz. 28

Skomentuj