banner

Dawno temu nad rzeką Białą III, cz. 8

Deszcz stukał miarowo o daszek przytulnych „Dwóch Wież”. Śmok, siedząc przed szklanicą ulubionego napitku, smętnie patrzał na tonący w mokrocie i chłodzie Dzyńdzyń.

Zasmucon był wielce z przedłużającego się niemożebnie przedwiośnia. Choć co ranka kwilęce ptaszęta go budziły, wiosna jakośtakoś przyjść nie mogła.

-Zemsta to i znak niebos być musi za to, co się wyrabia się na tem łez padole – dumał był w duchu, z ciężkiem westchnieniem przerzucając porzucony w karczmie przez sekciarzy ze „Współdrogi” fascykuł papierzysków. „O tem-że dumać na dzyńdzyńskim bruku, przynosząc z miasta uszy pełne stuku, przeklęstw i kłamstwa, niewczesnych zamiarów, za późnych żalów, potępieńczych swarów!” – powtarzał szeptem ze starych ksiąg.

Pomny też frazy z piosnki trubadura z Grodu Kraka o życiu nie od deszczu mokrym, lecz od łez, leniwą głową skłonił, w sen zapadłszy ciężki.

Śnił o rzeczach, które dla postronnego mieszkańca z dorzecza Białej nierealnymi zdawać się mogły – o mediacjach dwóch komesów, o pogwarkach Rysiłły, który z nieznanym mu człekiem na tle odrapanego muru siadywał i z kaprawym okiem tetryka złośliwości wygadywał.

Sen nową postać przybrał. Widział w niem Młodego Straszaka, coraz częściej Dzyńdzyń nawiedzającego. Ten to w gromadzie „Wespół” z Młodym Rozdziawą był widziany.

Choć Śmok wracał do przytomności i nie wiedział, czy wciąż mara senna go morzyła, czy już na jawie to zoczył, słyszał wyraźnie kupczyka:

Dobre miałem przeczucie, żem lubił te mury! 
Choć nie wiedziałem, że w nich taki skarb się mieści… 

Słowa te jakimś znanym mu echem ze starych ksiąg powracało. Co one znaczyć mogły?

***

Pojawiły się też i jasne dni w życiu grodzian.

Ciekaw tłumu, który do Pallatium Artis w ciemną noc w sile przybył, za nim podążył na ruchome obrazki, dawno w Dzyńdzyniu nie widziane. Czyli po zimie waty z uszu nie wyjął, czy to nieubłagane lata na jego słuchu ślad odcisnęły, bo nie słyszał wyraźnie słów i dźwięków z magicznego pudła się dobywających. Po jakimś czasie jednak usłyszał, że – powiadali ludzie – Szaweł Żydowski talarami z lichwy uzbieranemi sypnął i już ciżba z radością do pallatium przybywała boć słyszeć wszystko można było. Ten to także znanego rytownika, przez końskoubojne bractwo „Boćkiem” przez fizys zwanego, do siebie wziął, a ten niczym wicher po Pallatium biegał, stare skrypty odnajdując. Choć to ostatnie rzekomo zasługą niejakiego Van Meaculpy było…

Nie tylko to jednak wesołością dzyńdzynian napełniało. Stary, a poćciwy, Obertas mocą tajemną zapomnianą legendę o koniu żelaznym w życie wprowadzał. I choć ludkowie co pod Dzyńdzyń przybyli, widzieli tam Kłonicę i Rębajłę, którzy przy ogniu wieści dobrych ogrzać się zamierzali, Śmok wiedział dzięki komu do stolicy Lechickiej Krainy łacniej dostać się będzie.

Z podróżami trza bardzo uważać – przestrzegał go Zbyszko Smolny, którego oblicze chmurne ostatnio było, albowiem na granicy lechickiej krainy zdobyczny szmalec  wojowie podstępem mu odebrali…

Temczasem ten, co pod Siedliszczem osiadł, do Dzyńdzynia co i rusz nowe księgi spisane przez się słał, w których czytano o o kreowaniu kreatur kreacyjnych. Bóbr to z jasnym czołem, już nie chmurnem, siadywał tedy pod opoką, która Sycylijanie zwą Birbante Rokko…

 

Futbol jako wymówka

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Wojna i spokój. Andrzej Bobkowski „Szkice piórkiem”.

Skomentuj