banner

Dawno temu nad rzeką Białą III, cz. 9

Udał się tedy Śmok na główny plac Dzyńdzynia, wielością chorągwi i wdzięczną dla ucha melodią zwabion. Zdążył już w ustach soczyste wyrazy na psią pogodę wyrazić, jednak widok zbrojnych na koniach uspokoił go nieco, o dawnej chwalbie Lechickiej Krainy przypominając i na sercu jakby słodziej mu czyniąc.

Młody, a okrutny, Oberek, zebranych powitawszy, dalszą mowę Rębajle przekazał. Choć grodzianie, gdy komes zwykł głos zabierać, rychlej dawnych klechd przypominania się spodziewali, ten zaskoczył ich, nad teraźniejszym losem dzyńdzyńskiego kasztelu bolejąc.

Ech, złe termina na nasz gród przyszły, szczęścia on ci ni ma – rzekł był.

Choć obecni na placu stronnicy Kłonicy, Iwana Ptasznika, Zawalidrogi, a nawet końskoubojne bractwo z Józwą na czele (choć wypatrywany, nikt wśród pluchy niemożebnej ujrzeć go nie zdołał) insze zdanie na tą sprawę mieli, bardziej nieudolności ludzkiej opłakiwania stan palladium znajdując.

-Słusznie prawi komes – posłyszał Śmok starego rycerza, co przed zlewą pod kapotą swą białą głowę schował. Wojak ten już na dziedzińcu, gdy liczne chorągwie przed świątynią się formowały, ze swym druhem gwarzył:

Obacz waszmości, co z naszą fortecą uczyniono?!

– Okien tyle, że bronić się nie sposób! Patrzeć jeno Wizygotów

-…i Hunów

Dzyńdzynianie jednak, chlubną kartę kasztelu szanując, chcieli jednak by nowego blasku dawna możnych siedziba nabrała, bardziej do współczesnych czasów i potrzeb wrota swe rozwarła.

Umilkł komes. Grodzianie głowy swe podnieśli, widząc, że na podwyższenie, przybyły z Lubliniensis, wojewodzic podchodzi.

-Znak to niechybny, że do słów Rębajły się odniesie – pomyślał Śmok, z innemi dzyńdzynianami pospołu. – Pewnikiem dwa kufry złota i śrebra w swej karocy przywiózł, zać krajan to nasz i komesowskiej drużyny druhem.

Ten jednak jakoby słów komesa nie słyszał. Pewnikiem przez ulewę, która nad grodem i oklicznymi siołami od dni kilku się przewalała. Mokrzy od stóp do głów grodzianie policzki mokre też mieli, może i od łez, zawdy słowa zapomnianego minstrela wojewodzic przywołał, lekko wers małą omyłką popsowawszy.

Rozważaniami temi nie przejmował się Jaśko Brocha. Ten jeno, dla udawanej grzeczności, pacholęta przed się puszczając, ze swymi podwładnymi na czoło się wysforował. Zamiast podziwu, pomruk politowania słychać jeno było, lecz Jaśko zdawał się na to nie zważać.

Śmok przecierał oczy. Przez krople deszczu zdawał się samego Straszaka z Podrzecza z Młodym Rozdziawą w jednem duecie widząc. Zoczył też, że fakt ten uwadze Jadama nie uszedł.

Ten kilka dni potem, już nie nocą ciemną na Krzaczorum Ludzi Swawolnych, do którego nie wszyscy dostęp mieli, lecz na placu, który pradawne oblicze Światowida przypominał, ni to Twarzą, ni to Księgą zwanym, zakrzyknął do Straszaka:

Czemu waszmości pod naszą chorągiew się przyklejasz, wszak tyś z Podrzecza, nie z Dzyńdzynia?

Ci, co ten przytyk słyszeli, a który jak napis, wciąż w powietrzu, niczym pajęczej sieci zawisł, zasmucili się tylko. Wszak pamiętali dobrze, że podczas wyborów do monarszej rady na Straszaka prawie trzy tysiące głosów dzyńdzynianie oddali.

Śmok i o tem posłyszał. Niebo znów chmurą czarną się nakryło, do jego stanu ducha jakoby się upodabniając. Z daleka ujrzał jak chłopię Przemko „Dwie Wieże” rozwiera, więc z sercem ciężkiem odrzwia karczmy przekroczył.

Zdjął z siebie przemoczoną kapotę, Przemko zaś pochodnie zapalił i tajemniczą skrzynkę włączył. Śmok usłyszał dawnego barda pienia. Poznał w nim Ceslausa, który śpiewał:

I dziwne jest to, że od tylu lat człowiekiem gardzi człowiek

Śmok zapłakał.

Rower

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Wspomnienia Karola Hurko, cz. 38

Skomentuj