banner

DAWNO TEMU NAD RZEKĄ BIAŁĄ III, część 2

Następne dni i wieczory Śmok przepędzał prawie całe w gospodzie „Dwie Wieże” gdzie podpytywał różnych przygodnych ludzi o wydarzenia z ostatnich lat, które był przespał. Gaworzył głównie oczywiście z pijakami i złodziejami (a każdy pijak to złodziej), bo któż uczciwy co dzień do gospody chadza…? Takoż więc jego wiedza skażona była, że tak się z łacińska wyrażę, nieobiektywnym subiektywizmem.

Dowiedział się na ten przykład, że Lechicką krainą znowuż rządził gnom Kaczan, już tylko w jednej ze swoich postaci, do pomocy majęcy niejakich Kobze i Dratew. Poprzedni władca, Poksiut Nijaki, cały już w rzyci cesarza frankogermańskiego siedział, o czym był zresztą marzył przez całe swe życie. A sam cesarz frankogermański popiardywał coraz cieniej. Tyle że on nie miał już za bardzo w czyjej rzyci się ukryć…

Życie ludzi w całej krainie biegło sobie spokojnie tak jak dawniej – nihil novi sub sole – przy codziennych łajankach, krzykach, mordobiciach i przeklonach. Aleć stronnictwo Kaczana dało prostemu ludowi po 5 talarów w złocie na pacholę, a więc się tem pokrzykiwaniem swych wrogów nie bardzo przejmowało, bo i tak w głosowaniu do rady monarszej kreski dwóch chudopachołków znaczyły grubo więcej niźli jednego magnata, czego dawni stronnicy Poksiuta pojąć ni w ząb nie mogli. Insza sprawa, że za Poksiuta podsuwali pospólstwu niejakiego Pietra, o którym wszystko było rzec można, jeno nie to, że na zjeździe wiejskich głupków czemkolwiek by się wyróżniał. I pusty śmiech ludzieńków się rozlegał co i rusz na całej tej pięknej krainie.

W Dzyńdzyniu, jako się rzekło, władzę sprawował komes Rębajło, tak więc już o sojuszu ze stolcem starościńskim, jako bywało drzewiej, mowy być nie mogło. Zdziwił się Śmok niepomiernie, że starostą nie był już Kciuk, któren, zdawało się, przyrósł był już na wieki wieków kością pacierzową do swojego starostwa, jeno niejaki Kłonica, na którego dumnem czole wielmożny Sława zielonkawe znaki namaszczenia był położył i nawet do boju o stolec komeski przeciwko Rębajle wysłał.  Jednakoż bez skutku. O Kciuku zaś ludzie powiadali zadziwiające rzeczy – że niby oszalał i lubuje się w śmieciach i gnojowicy, ale kto by plotek słuchał… Mniej za to zdziwiło Śmoka, że starościcem nie był już Chycbor jeno Iwan Ptasznik, któremu zjedzony przed laty pergamin coraz rzadziej i ciszej w trzewiach kruczył.

Krzykacz komeski Groch swym cienkawym głosikiem już nie pokrzykiwał, bo legł gdzieś popod cmentarnym murem. Krzykaczem (ot, krzykaczykiem) był teraz, nomen omen, Dzyńdzyń. Sekta Współdroga jako przed laty mamiła prosty lud, a jej niebezpieczny przywódca Orzech knuł po cichu, ale po takiemu cichu, że już mało kto o nim pamiętał. Hufcom Rębajłowym przewodzili Jadam i młody, a okrutny, Oberek. Stary, a poćciwy, Obertas rządził zaś kmieciami wkoło Dzyńdzynia. W radzie monarszej nikogo już z Dzyńdzynia nie było, bo i po co.

I o inszych, pomniejszych, lubo od stolcowego cycka odstawionych, ludzie Śmokowi prawili to i owo, ale o tem inszą razą.

Temczasem bakałarz królewski McElrus…

Dziewczyna nauczyciela

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

966- zalogowani przez chrzest

Skomentuj