Dawno temu nad rzeką Białą III, odc. 10

Ciepłe, majowe słońce wkradało się między szczeliny bielonej chaty sołtysa Mateja. Choć nie zbudziło go znane ongiś w siole Biała pianie koguta, zwlekł się był z łoża i wyszedł na przyzbę.

Nie wiedzieć czemu naraz wielkie pragnienie go ogarnęło. Na świeże mliko smak miał, ale najbliższa krasula pod Sernikiem stała i choć wielu już próbowało, żaden ani kropli nie wycisnął. Może miało to związek ze skąpstwem Sromoty, o którym słuch zaginął?

– Przeciem wczoraj w Dzyńdzyniu nie był, ani z Kurwinem w „Dwóch Wieżach” miodu my nie pili – pomyślał w duchu. – A byłoby z kiem i o czem rozprawiać! Ale mi się ckni! – westchnął. Istotnie, nieprzychylne termina na starych druhów przyszły. Kurwin raz to do Lubliniensis z niezawisłą chorągwią się udawał, często zaś sam, wraz ze Szczepanekhiem w szranki rycerskich turniejów łuczniczych, stawał. Białogłowie swojej w kupiectwie też pomagał.

Zorzan, Skrajny Prawica, McElrus, Młody Rozdziawa wiedzieli, że mimo ogłady przy większych pijatykach Matej dawał się poznać jako bystry, z łacińska mówiąc, obserwator, któren rządy następujących po sobie w Dzyńdzyniu komesów z łajnem mieszał. Większość grodzian ze „Współdrogi” go poznało, kiedy na schodach przed wrotami zamku starego, a poćciwego, Obertasa larum podnosił, prawa i sprawiedliwości się domagając.

Szukając po omacku napitku, przypomniał sobie opowieści grodzian o Zbigniewie ze Smolnych, który wyborny miód kręcił, a i inszych trunków znawcą był i smakoszem. Dotarłszy do studni, zaczerpnął wody i pragnienie ugasił. Wrócił do izby.

– Ach, niewieściej ręki tu brakuje! Dbałości, którą białogłowa jeno w te ściany przynieść może – westchnął Matej, do swego niedzielnego zwyczaju się rychtując. Lubiał on w swej świątecznej sukmanie po siole się przechadzać.

– Może nadobną niewiastę w powozie zobaczę, która do dzyńdzyńskiej kruchty się wybiera? – dumał. Te kawalerskie rozmyślania dwóch włościan przerwało, żywo o nieodległym turnieju rozprawiając.

– A cóż się tam stało, moi dobrzy ludzie? – zapytał z troską mieszkańców sioła.

Nienawykli przez lata, by sołtys miast ganić, miętkie słowa do nich kierował, ucichli. Jednak dobre usposobienie Mateja i lekki uśmiech, widoczny mimo brody, ośmieliło jednego.

– My tu, panie, z turnieju w Dzyńdzyniu wracamy. Mimo że z nieznanymi rycerzami z Jarosławia dzielnie stawali, to nie to powodem jest naszej „gorączki”

– Cóż więc? – dopytywał zaciekawiony Matej.

– Duch zły, ani chybi, w kostropate stroje dzyńdzyńskich rycerzy, przyodział. Wierni widzowie swoich nie poznawali, do bieli i zieleni oczy mając przywykłe. Ci zaś w czerwoną czerń, czy w czerniawą czerwień się przystroili. W zamorskich wojaków się przedzierzgnęli! Jak żyć, panie?! – dał upust swej goryczy kmieć.

Sołtys wskazał na ławę, która jeszcze pod niejedną chatą na szczęście się ostała i zaczął prawić mieszkańcom o prawach rynku, mecenasie spółek. Wiele też innych mądrych używał, słuchacze nie śmieli mu tej perory przerywać. Nieco uspokojeni do swych chat się udawszy, w sen spokojny zapadli.

 

 

Wracamy do jaskiń

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Kwalifikacja

Skomentuj