banner

Dawno temu nad rzeką Białą III, odc. 11

Przedświąteczny zapach świeżo parzonych jajec i mięsiw przeróżnych unosił nad siołami wokół Dzyńdzynia skupionych, niczym kurczęta przy matce. Grodzianie i kmiecie na Wiliję Pachalną się rychtując, zdejmowali z wiszących sznurów uprane białe płótna na rezurekcyjne śniadanie.

Mimo chłodu, świąteczne kapoty i niewieście odzienia, pięknie haftowane wietrzyły się przed wieczorną liturgią. Nie wszystkim w głowie było jednak pobożne i ciche oczekiwania na doroczne święto.

 Nad Sitwą święty spokój włościan przerwał tętent końskich kopyt. Ziemia zadrżała…Gdy opadł już tuman kurzu, w lesie wzdłuż ubitego duktu do Lubliniensis prowadzącego zoczyli dawno nie widzianych, raubritterów. Widok zgoła dziwny, gdyż zamiast zwyczajowych szyszaków i hełmów, kominiarki na ogolone a puste łby włożyli, do gęb jakieś dziwowiska powkładali i zdało się, że na kogoś czekali.

Śmok, któren zdążył już z koszyczkiem z kruchty wrócić, do miejscowego gospodarza po swojski, a mocno do głowy uderzający napitek przybył, zdziwił się wielce, gdyż wielu z tych rycerzy nieszczęsnych znane mu, biało-zielone barwy przybrało, które z  turniejów w Dzyńdzyniu pamiętał. Tak jednak pamiętano o kodeksie i zasadach pojedynków szlachetnych mężów.

Ta kampanija zaś, ni z zachowania, ni z miotanych co chwila słów plugawych, prawdziwych wojów mu nie przypominała. Wierzchowców nie dostrzegłszy, zrozumiał tedy, że zasadzkę jakąś planują. Starą nazwę Alba Ducalis posłyszał, a jako że  w pojedynkach rycerskich biegły, pomniał, iż rycerze, którzy na chorągwiach swoich wizerunk  świętego Michała ze złotym nimbem, z mieczem w prawej i wagą w lewej dłoni, stojącego na smoku barwy zielonej. Miecz, waga i nimb barwy złotej już z dala widać było.

 Do Lubliniensis ani chybi podążają, na starcie z groźnymi wojami, co to pogańskiego kozła, do krzewu winnego sięgającego mają na sztandarach – szepnął do włościanina Śmok.

– Uchodź  bracie – poradził trzeźwo gospodarz, ale rozmówca jego rady nie usłuchawszy, za wielkie drzewo się schował i tam całą sprawę oglądał.

Raubritterzy dostrzegli zbliżających się wrażych wojów Alby Ducalis, już chyłkiem z lasu na dukt udać się nie mieli, gdy wtem…! Niczym grom z jasnego nieba, hurma zbrojnych na drodze im stanęła, z wielką fachowością obie strony od się oddzielając.

Na co dzień Śmok prawie ich nie widział, czasem jakiś kompan w „Dwóch wieżach” biadolił tylko, że za szybką jazdę woje owi surowe kary nakładali, jakimś ustrojstwem tętent koni mierząc.

-A jak my, to my się rwiemy. Ino do jakiej bijacki ! – krzyknął jeden raubritter, a wezwanie jego w mig zielono-biali podchwyciwszy, w niebieskich zbrojnych uderzyli. Ci jednak większą siłą i sprawniejszą, przez lata ćwiczonymi, karną rzekłbyś taktyką, atak odparli i trzy dziesiątki „leśnych”  na świąteczne śniadanie do domostw swych nie powrócili.

Opadł bitewny kurz. Śmok, widząc porzuconą ozdobę, którą jeden wojak ucieczką się salwując ostawił,  pokiwał smutno głową, podniósł barwy do Dzyńdzynia wracając. Wiedział bowiem, że za chwilę wojowie pod Panka Damianusa przywództwem  kruszyli kopie z rycerzami, których okrzyk : Avia jednoczył. Tam przeto prawdziwy i szlachetny bój toczyć się miał.

Oprawa

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Wspomnienia pana Wacława Pawliny, cz. I

Skomentuj