banner

Dawno temu nad rzeką Białą III, odc. 15

– Olaboga, dlaboga… Przyszły na Dzyńdzyń ciężkie termina – westchnął Śmok, ze smętnym wzrokiem nad kuflem siedząc i z okienka „Dwóch Wież” na grodzian za przyziemnemi sprawami goniącymi poglądając.

W karczmie pustawej, gdzie jeno mistreli jakoweś pastorałki wyśpiewujących słychać było, cosik Śmoka zmogło i nad pustawą śklenicą głowę zwiesił i w sen zapadł. A w śnie owym takie miał  oto widzenie:

Wieczór. W podziemiach Matkiboski kościele chyłkiem znane persony się stawiły, by nad marszem ku pamięci rycerzy wniebowziętych debatować. Choć sen to był zdziwił się Śmok niepomiernie sylwetki komesa Rębajły, Młodego, a okrutnego, Oberka (ten to wkrótce Pallatium Artis po Szawle Żydowskim przejąć miał, z komeskiej rady ustępując, kiedyście tam na stolcu komesowym zasiąść) i Jadama razem z Kłonicą, Starym, a poćciwym, Obertasem, a także – o nieba! – Józwą, Młodym Rozdziawą i Skrajnym Prawicą. Mimo nasłuchiwania i aż do bólu szyi wyciągania, niczego nie usłyszał ani nie zoczył. Nikt z wychodzących na dzyńdzyńskim rynku potem o tem nie rozpowiadał. Powiadano jedynie, że uśmiechniętego Józwę widziano, któren po spotkaniu jak ongiś król Walesa podobny gest tryumfu uczynił.

Zbudził się tedy Śmok, jakowymiś krzykami obudzony, które echem dalekim z dworu Rębajły dobiegały. Tam to sołtys Matej ze starym, a poćciwym, Obertasem w liczne polemiki wchodził, a to kto za co w siole przydzyńskim jest odpowiedzialny, a kto puch biały (którego szczęściem ostatnio tyle co kot napłakał bywało) z gościńców uprzątać miał. Pogwarki owe jednak włościan nie interesowały, zażywna kobita co i rusz nad knowaniami Kciuka rwetes czyniąc, o interwencyję w tej nomen omen śmierdzącej sprawie, prosiła.

Brat-łata Mateja, Kurwin, zimnych kąpieli zażywał, o tężyznę fizyczną dbając, zdziwienie wśród dzyńdzynian nieoczywistą porą plażowania budząc.

Ciepła zima to pewnikiem i gorąca jesień się szykuje… – gadał złośliwie, przytyty nad podziw, Zorzan, któren po prawdzie z sąsiadami swemi na wielki rycerski turniej na Rusi jeno się rychtował, moc napitku na boje trudne z bezbożnemi ludami z najdalszych krain zamorskich ważąc. A i pogwarki o przyjeździe do Lechickiej Krainy Toczących Się Kamieni Zorzana ciut ożywiały.

***

Jak Wasza Komesowska Mość talary w skarbcu miejskim liczy? – dociekał na sesyi przed roku końcem Kubek Jakubek, któren to wraz z Zawalidrogą i cną białogłową z półsnu spokojnego przybocznych jego co i rusz wyrywał. – Toć w sakwach dziury, jak za późnego Wita, a sam pomstowałeś, komesie, ręce nad dziurawą kiesą Dzyńdzynia załamując?

Rębajło niby to Jakubka uspokajał, a to do niewiasty, zgrabnie cyframi wielkiemi żonglującej i językiem niby lechickim a dziwnym przemawiającej odsyłając, a to piękne wizje rozwoju i krzepiącego jutra przepowiadając.

Fragment kasztelu odnowiwszy, królewskie inkunabuły na powrót do zamczyska sprowadzić zamierzał. Nie wikłając się w polityczne niuanse, cieszyła się z faktu owego nadobna bakałarza McElrusa następczyni, brata Słabego żena, którą to końskoubojne bractwo we „Współdrodze” do zacnej rywalizacji nominowało.

***

A w Lechickiej Krainie gnom Kaczan chłopem Morowym Dratwę zastąpił, choć niewiasta ona, przez prosty lud była lubiana i żałowana przezeń…

Na krańcu świata, cz. 29

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Gwiezdne Wojny – Ostatni Jedi. Recenzja

Skomentuj