banner

Dawno temu nad rzeką Białą III, cz. 6

Spokojny i stateczny zazwyczaj Dzyńdzyń gwarem i wieloma głosami mowy obcej w pamiętne dni lipcowe rozbrzmiewał. Łaska Pańska, że w komesowej radzie młody Szczepanekh zasiadał. Ten słowa i śpiewy uśmiechniętych Frankonów, Białych Rusinów, Słowaków i Portugallów rozumiał i na ludzką mowę przekładał.

On to, jeszcze gołowąsem będąc,  z grodu rodzimego aż pod granicę z Cesarstwem Germańskim się udał, by w Wielkim Polu język obcy poznawać. Pobożni bracia ze wspólnoty „Azyl” powiadali, że w samej Kolonii bywał, a na parę lat i w  Krainie Kangurów zimował.

– Ląd ten, ze wszech stron wodą otoczony, Australiją nazywają – powiadał zebranym u Kubka Jakubka, egzotyczne malunki pokazując. Dziś właściciel karczmy „Pluskwy i Pchły” z zaufanym Rębajły zdaje się po dwóch stronach palisady siedzieli.

***

Działo się na ostatniej radzie komeskiej! Rozdziawa z politowaniem na znanego krzykacza spoglądał, który, „Współdrogę” dzierżąc, na zjadliwych skrybów co chwilę pomstował.  Do głosu na koniec dopuszczon, wykrzykiwał: Zapomniał Orzech, że onegdaj sam Rębajło na „Współdrogę” łożył i ją od niechybnego zgonu uratował, a ci tak się odpłacają! W tym miejscu do sławetnych not nawiązywał, które komesowi niewesołą laurkę wyfasowały.

O krzykaczu dzyńdzyńska wieść niosła, że każdego ranka białogłowa jego za próg chałupy go wyganiała, by ten widokiem swoim do nerw jej nie doprowadzał. Chodził tedy  do Pallatium Artis, na wszystkich zgromadzeniach głos zabierał, na zydlu, o który zawsze wpierw gromko się upominając, siadał, prosząc zaproszonych komediantów i pacykarzy, by głośno o swych czarach powiadali, bo słuch swego czasu stracił.

***

Obok krzykacza przysiadł się Kusza, dawno na radzie niewidziany. Ponoć z Rębajłą po sądach się prawował, gdy ten władzy nad miejskimi halabardnikami go pozbawił. Obecny komes znalazł fortel, który ze stolca Kuszę wysadził. W papierach stało, że halabardnik miast kasztelu pilnować, miecz swój porzucał, by u Kciuka dorabiać.

Posępną miną przyjął odwlekany od dwóch roków wyrok komeskiej rady, która głosami Rębajłowej koalicyi koniec służby halabardników ustaliła. Jadam wszem i wobec osąd ten dzyńdzynianom ogłosił.

***

Przechadzał się tedy Śmok po Dzyńdzyniu. Wtem jego nozdrza przyjemny zapach świątecznego jadła i ciepłego napitku poczuły. Węch go nie mylił – oto na jednym placu Kubka Jakuba, Zawalidrogę i nieznaną mu białogłową dojrzał, który przez dziwny instrument grodzian zwoływali, niby to  zmarzniętych podług starolechickiej gościnności nakarmić i napoić.

Różnie o nich bywalcy „Dwóch Wież” powiadali. Stugębna plotka głosiła, że spośród nich wyłonią tego, kto z Rębajłą za dwa roki w szranki o komestwo stanie. Nie znał ich jeszcze dobrze Śmok, lecz widok dwóch osobników, którzy to mimochodem do stołu się dosiedli, dał mu do myślenia.

Mimo, że nad grodem grudniowy mrok się unosił, a zielone ustrojone drzewko nikłe płomyki dawało, bez trudu twarze ogorzałe poznał.

– Toż to Kłonica i Iwan Ptasznik! – wyszeptał Śmok. Obok postrzegł jeszcze dwóch młodych wiekiem pasibrzuchów.

 – A te skąd? – zapytał przechodnia. – Pewnikiem od Padalca z Podrzecza, jednego z nich przy nim widziano. Takom słyszał – odparł ów.

Ci, ponoć od  wschodniej zarazy, chorobą czerwonych oczu zwanej, groźniejsi zdawać się byli. I choć głód i pragnienie Śmok odczuwał, odwrócił się od dobiegających świątecznych piosnek i zafrasowany do karczmy powrócił.

Wyjazd protestacyjny

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Walka o „wolność” kompletnym nonsensem

Skomentuj