banner

Feminizm i maczoizm-MOFizm – dwa ostrza nożyc

Chciałbym się podzielić paroma refleksjami na temat tego, jak wielu ludzi ulega dwóm sojusznikom, pozornie skłóconym, w istocie ściśle ze sobą współdziałającym w zwalczaniu wspólnego wroga – normalności.

Na temat feminizmu napiszę mniej, bo on jest jako tako opisany. Napuszczanie kobiet na mężczyzn i wmawianie, że mężczyźni marzą jedynie o ich ciemiężeniu bywało wyśmiewane albo krytykowane w tonie poważnym. Ciekawe jest przy tym to, że „wyzyskiem” jest praca w domu, a nie w „korpo”. Do totalnej paranoi feminizm i poprawność polityczna dochodzą w krajach skandynawskich, gdzie był nawet pomysł, by zakazać sikania na stojąco!

Jednakże feminizm ma sojusznika. Jest nim maczoizm. Pewnie niektórzy oburzą się na to stwierdzenie, ale tak jest. W istocie obie te destrukcyjne siły ze sobą ściśle współpracują. Właściwie to nie „obie”, tylko „wszystkie trzy”. W tytule dla zwięzłości utożsamiłem maczoizm z MOF-izmem. Maczoizm jest definiowany jako „postawa przypisywana w szczególności mężczyznom latynoskim bądź od nich wywodzony, oznaczająca silne wewnętrzne poczucie męskości oraz dumy i jej okazywanie na zewnątrz, często przesadne. Prawdziwi „machistas” uważają, że miejsce kobiety jest w domu i akcentują przewagę mężczyzn nad kobietami. Postępowanie takie często bywa uzasadnieniem przemocy domowej, a zachowania mieszczące się w pojęciu machista przejawiają się w instrumentalnym traktowaniu kobiet. (…) Oprócz krajów Ameryki Łacińskiej postawa machismo jest akceptowana, a nawet uznawana za pożądaną w takich krajach jak np. Korea, Rosja czy państwa muzułmańskie.” Natomiast MOF-izmem (od MOF – męski odpowiednik feminizmu) osobiście nazywam poglądy, że jakoby kobiety ciemiężą mężczyzn, pozbawiają ich przestrzeni, powodują, że nie mogą być mężczyznami. Można by rzec, że MOF to niespełniony maczo. MOF-izm doczekał się nawet flagowego filmu – „Baby są jakieś inne”. Granice między maczoizmem a MOF-izmem potrafią być płynne, ale istnieją.

W istocie przy pozorach sprzeczności feminizm i maczoizm-MOFizm ze sobą współpracują. Feministki wmawiają kobietom, że mężczyźni to maczo czy MOF-y, a maczo i MOF-y wmawiają, że kobiety to feministki. Jednak współpraca nie ogranicza się do wzajemnego nakręcania się. Potrafią sekretnie, ale za to konsekwentnie i skutecznie działać przeciwko wspólnym wrogom. Używając metafory, ostrza nożyc potrafią się wtedy skutecznie zamykać. Chyba najbardziej znienawidzonym wspólnym wrogiem są szarmanckie gesty mężczyzn wobec kobiet. Z jednej strony feministki piętnują to jako „patriarchalne”, z drugiej strony są one atakowane przez maczo i MOF-ów. Znam ludzi (w internecie i w „realu”), którzy ostrzegali mnie przed otwieraniem drzwi i przepuszczaniem w drzwiami. Te ostrzeżenia (mimo że się nie znali) brzmiały podobnie: „No uważaj, feministki mogą cię zbluzgać, już one ci pokażą”. No i jakoś nie pokazały. Cóż, widać, poza studiami telewizyjnymi i redakcjami lewicowo-liberalnych gazet taki twór w przyrodzie występuje stosunkowo rzadko. Nie spotkałem się ANI RAZU z negatywną reakcją. Podkreślam – ANI RAZU! Na palcach jednej ręki mogę policzyć reakcje neutralne, najczęściej spotykałem się z reakcjami pozytywnymi – różnice były jedynie w tym, jak bardzo pozytywne były te reakcje. Najwidoczniej ci „sterroryzowani przez feministki” są zastraszeni przez własną wyobraźnię albo… faktyczne przyczyny ich zachowania są inne.

Innym wspólnym wrogiem jest Kościół. Tu jednak sprawa nie jest tak przejrzysta jak w przypadku szarmanckich gestów, bo zdarzają się czasami reprezentanci maczoizmu-MOFizmu, którzy kreują się na konserwatystów czy nawet katolików. Jednak nie jest to w pełni szczere (często w ogóle nie jest) i wystarczy nieco „podrążyć”, by się o tym przekonać. Częściej jednak w tej grupie są jawni wrogowie Kościoła.

Innym wrogiem jest życie nienarodzone. Feministki ochoczo biorą to na siebie, żeby kryć sojusznika. Tymczasem faktycznymi beneficjentami aborcji są różni nieodpowiedzialni dranie, którym nie chcą ani zajmować się dzieckiem, ani płacić alimentów. Kobiety na aborcji tylko tracą.

Pewnie dałoby się wymienić jeszcze parę rzeczy. Uczulam, by nie przyjmować jako własnych narracji typowych dla wspomnianych w tytule ideologii.

Szczepan Korulczyk

ur. 1986, historyk z wykształcenia, absolwent UMCS w Lublinie

Za ochroną życia

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Wspomnienia Karola Hurko, cz.6

Skomentuj