Fryzjerzy a sprawa radzyńska - RadzyńINFORadzyńINFO
banner

Fryzjerzy a sprawa radzyńska

Miniony wtorek, podobnież najgorętszy dzień lata. Okładki tabloidów pokazują symboliczny termometr z 50 kreskami. Wpadasz na pomysł, który choć trochę ulży ci w tych tropikach – czas się ostrzyc. Schody zaczynają się od faktu sezonu urlopowego i przeprowadzki cenionej mistrzyni nożyczek i grzebienia.

Wchodzę do przybytku, który wita mnie kojącym chłodem. Pusty fotel, już masz siadać, ale… Nie zastałem ulubionego przed laty cyrulika, który przyznał kiedyś, że nie rozumie wierszy Miłosza. Jego lokal mieścił się vis a vis parku i był kapitalną kopalnią anegdot, facecji i męskimi opowieściami, okraszonymi nierzadko grubym słowem.

-Musi pan poczekać ok. 45 minut.

I czujesz się jak ten gość ze scenki w „Misiu”

– Jutro, po 13.00?

Nie da rady, ew. piątek

Dziękujesz, szukasz dalej, Ulicę dalej sąsiadująca z lokalem sprzedawczyni od razu uprzedza: „Zamknięte”. Lokal na Manhatanie przeniesiony… Nie wiem, czy też tak macie, ale bardzo powoli przyzwyczajamy się do zmian. Niczym klienci zaprzyjaźnionego sklepu, po 3 latach wciąż poruszający się między regałami, na których wypatrują towarów według „starego porządku”. I powtarzane jak mantra słowa: bo tu zawsze (czytaj: kiedyś) było

Niczym „Z tyłu sklepu” kabaretu Tey:

– Panie, to tu teraz zrobili warzywny?

No jak pan widzi

-A gdzie jest ten sklep, co tu był?

-Tam, gdzie monopolowy

-A gdzie jest monopolowy?

-Tam, gdzie była księgarnia

-Panie, a dzie tera księgarnia?

-Tam, gdzie meblowy?

-Cholera, panie, to dzie ja tera mieszkam?!

Wujek szukał równie bezskutecznie fryzjera. Nie mogąc nigdzie się dostać, wziął nożyczki i grzebień w swoje ręce. Podczas następnej wizyty, jeden z właścicieli zagadnął go: – Widzę, że sam pan coś próbował…

– Próbowałem, bo żaden z pańskich kolegów nie chciał mnie przyjąć. 

Początek „Nietykalnych” i De Niro jako Al Capone

Jesteśmy z Rokim na pielgrzymce, nieoczekiwanie przyszła nam chęć wizyty u fryzjera, który wzorem starych, dobrych lat „załatwiał cię całego” – golił, mył głowę, strzygł, skrapiał wodą kolońską. To w ogóle był dzień „zachciwajek”. Kolega Twaróg z dumą prezentował nam dwuczęściową pidżamę, którą zoczył gdzieś w tzw. „wolnym czasie”.

Starzy radzyniacy być może pamiętają takie lokale

Znajomy mistrz fryzjerstwa mówił o jednym dniu w tygodniu, w którym nie ma zapisów i można spokojnie wejść sobie z ulicy od razu na fotel. Może to dobra rada na niezły biznes. Przejmujesz opustoszały lokal ( wciąż wiele ich w mieście) i na szyldzie umieszczasz napis: Jedyny fryzjer w mieście, który przyjmuje bez zapisów. 

Jest jeden sęk. Jeśli jakaś radzynianka zaplanuje sobie dłuższe „posiedzenie” przed lustrem i wizyta przedłuża się, co powiedzieć potencjalnemu klientowi? Prośba o przyjście za kwadrans, pół godziny takim „zapisem” będzie.

P.s. Patrzcie, coraz więcej lokali – a ceny nie maleją, kiedyś do – nomen omen – głowy nie przyszło, że wizyta i prośba o normalne ostrzyżenie (bez wymyślnych „piorunów”) może kosztować więcej niż dwie dychy.

Jakub Hapka

Na portalu od jesieni 2012 r. Najpierw jako felietonista, od maja 2015 redaktor naczelny. Absolwent polonistyki UMCS. Fan futbolu.

Bierz ciało, póki dają

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Zagubienie

Skomentuj