banner

Jak gestapowiec „Krótki” uczył Polaków higieny

Trzecia część wspomnień Wacława Pawliny

Gestapowiec Georg Naujoks, zwany „Krótkim” ze względu na mały wzrost, objął majątek w Turowie z zadaniem, aby dostarczać do Rzeszy Niemieckiej jak najwięcej zboża.

Był to drań, który mordował ludzi i działał w sposób ordynarny. Kiedy zauważył, że jego pracownicy we dworze latali załatwiać się za stodołę, kazał przywieźć z tartaku furami desek i na środku placu wybudowano ustęp czterooczkowy. Miejsce, w którym ludzie wcześniej załatwiali potrzeby kazał oczyścić, a następnie zasypano je piachem. Za stodołą miało być czyściutko. Zebrał na placu wszystkich ludzi. „Krótki” mówił po niemiecku, a tłumaczył pan Urbański, który był leśniczym. Tak więc tłumaczył, że zrobił ten ustęp po to, aby nie latać już za stodołę i żeby w obrębie zabudowań było czysto i nie śmierdziało.

Ludzie zareagowali na to pomrukiem. Mówili: „Co będzie mnie Niemiec uczył gdzie ja mam chodzić srać?” Jak to chłopi. I zamiast do tego ustępu chodzili nadal za stodołę. Mówili: „Jak on będzie widział ile ja razy pójdę?” Jakiś czas „Krótki” nic nie mówił. Aż w końcu pewnej niedzieli ludzie poubierani w czyste Ahnzugi (niem. garnitur), z książeczkami do nabożeństwa pod pachą szli do kościoła, a tu – nie puszczają. „Krótki” ustawił przed wejściem do kościoła esesmanów – tych w czarnych mundurach i z trupimi główkami na czapkach. Mieli ze sobą wilczury. Byli to jego ochroniarze, rodem Ukraińcy, ale umundurowani po niemiecku.

Zawracali wszystkich na plac. Ludzie się zeszli, wyszedł do nich „Krótki” i tłumaczył – że on to zrobił, bo się go nie posłuchali i trzeba to poprawić. Skoro chcą iść do kościoła, to pójdą, ale wpierw każdy pójdzie za stodołę, weźmie swoje gówienko w garść, przyniesie do ustępu i wrzuci. Zrobił się szum – nie chcą! Innych by pogonił, ale to byli jego pracownicy, potrzebował ich – nie mógł ich bić. Tak więc stali i nic.

W końcu ktoś pierwszy się zdecydował i poszedł, przyniósł. Za nim reszta. „Krótki” sprawdził, że jest czysto i pozwolił iść do kościoła. Oczywiście, najpierw musieli umyć ręce. W ten sposób ich nauczył. Później już jeden drugiego pilnował: „Ty! Niczego tu nie rób, co ja twoje gówno będę nosił do ustępu?!”

„Krótki” był bardzo ostry i nieprzyjemny. Bił ludzi i dokuczał. Każdy musiał oddać Niemcom kontyngent zboża. Jak któryś zalegał, to wpadał do chałupy i w ruch szła szpicruta. W jego gospodarstwie nie całe zboże mieściło się w stodołach i stało po części w stertach na polu, blisko lasu. Partyzanci pewnego razu podpalili taką stertę. Mścił się. Partyzanci uciekli do lasu, ale na skraju była chałupa. W środku ojciec z chorym synem. „Krótki” wpadł i krzyczał: „Tyś podpalił!”. „Nie panie, ja nigdzie nie wychodzę – syn chory leży”. „Ja ci chałupę podpalę!” I tak zrobił. Podpalił chałupę, a wraz z nią ojca z synem. Tak się naprzykrzał, że partyzanci zrobili na niego zasadzkę.

Któregoś dnia pojechał bryczką końmi na naradę do Radzynia. Jeździli końmi, bo Hitler nie dawał benzyny na takie drobnostki – wszystko szło na front. Tak więc wracał już, kiedy do bryczki podjechało na rowerach dwóch partyzantów ubranych w mundury leśnicze. „Krótki” siedział z tyłu wraz ze swoją kochanką. Dostał dwa strzały z tyłu w głowę. Partyzanci ci byli z grupy AK Konstantego Witkowskiego „Millera”. Tak się skończyła historia „Krótkiego”.

Spisał Jakub Niewęgłowski

Czytaj pozostałe części: Pierwsza | Następna

Na krańcu świata, cz.10

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Dwie Polski, dwa Radzynie?

Skomentuj