banner

Spokojnie, to tylko awantura

Nie lubię weekendów, kiedy mój mąż wyjeżdża na szkolenie. On też ich nie lubi. Dobrze wiemy, że wraz z każdym kilometrem oddalającym go od domu wzrasta prawdopodobieństwo wystąpienia gorączki / zapalenia płuc / wysypki /biegunki / zalania przez sąsiadów / wybicia szyby / trzęsienia ziemi / inwazji zombie * (niepotrzebne skreślić) – słowem wszelkich kataklizmów, z którymi lepiej poradzilibyśmy sobie we dwoje.

To oczywiście przesada – nie w każdy taki weekend coś się dzieje. Tylko w co drugi. Albo w co trzeci. No dobrze. Kilka razy podczas jego nieobecności wydarzyło się coś niespodziewanego. Ale kto by się przejmował zdrowym rozsądkiem, gdy ogarnia go poczucie nieokreślonego niepokoju. W każdym razie w czasie jego ostatniego wyjazdu nie wydarzyło się nic z tych rzeczy.

Nasze dzieci musiały jednak umilić sobie czas kłóceniem. W krótkich chwilach przerwy od bycia sędzią ringowym, zaczęłam się zastanawiać nad ich nieskończoną kreatywnością w generowaniu powodów do kłótni. Są tu niesamowici.

Za każdym razem, gdy myślę: „Nie o to nie da się pokłócić”, okazuje się, że owszem. Jak ktoś się bardzo postara i ma odpowiednią motywację – czemu nie. Byłam wtedy chyba jedynym człowiekiem w Polsce, który witał poniedziałkowy poranek z poczuciem ulgi. W ostatni weekend to ja byłam poza domem zżerana niepewnością o losy domowników. W przypływie wyobraźni widziałam wszystkie wyżej wymienione kataklizmy spadające na naszą rodzinę.

Rozsądek podpowiadał jednak zupełnie inny scenariusz: siedzą sobie i po prostu znowu spokojniutko się kłócą. Uf!

Pije Kuba do Jakuba, czyli nękać „Aniołów”

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Krzyk

Skomentuj