banner

Jaka piękna katastrofa…

W zeszłą niedzielę (21.06.2015) na nowiutkim stadionie Arena Lublin, podbudowanym dzięki kasie sypniętej z Unii (ach – dziękujemy ci Unio !!!) odbył się koncert dwóch kultowych artystów: Boba Geldofa i Biohazard. Oczywiście i jedni i drudzy lata sławy mają już za sobą, ale w świecie muzycznym ich status jest niepodważalny. Geldof kojarzony jest przede wszystkim z hitem „I Don’t Like Mondays”, organizacją charytatywnych koncertów Live Aid (w których w 1985 i 2005 roku udział wzięła światowa muzyczna wierchuszka), a także z rolą Pinka w słynnym musicalu Pink Floyd „The Wall”. Biohazard to z kolei legenda szeroko pojętej muzyki hardcore. Czy ten „zestaw muzyczny” pasował do siebie? Mniejsza o to, bo jest to kwestia pięciorzędna, biorąc pod uwagę to, co wydarzyło się w niedzielny wieczór na lubelskim stadionie.

Koncert się odbył, ale problem w tym, że na 20-tysiecznym obiekcie pojawiło się około 2 tys. ludzi – z czego wielu było tam przypadkiem, tylko po to aby ratować frekwencyjną zagładę. Szczerze – wyglądało to tak, jakby to nie był koncert ale próba zespołów, której przysłuchuje się ich ekipa techniczna. Totalne dno, a przecież plany lubelskich decydentów były wielkie – koncert miał być muzycznym debiutem stadionu, a supprot (Biohazard) i headliner (Bob Geldof) miały sprawić, że w Kozim Grodzie pojawią się fani z całej Polski. Miało być tak pięknie, a wyszedł – cytując klasyka – „ch…, dupa i kamieni kupa”. Oj, bolało to muzyczne rozdziewiczanie, oj bolało…

Dzień po tym „niewypale” w lubelskich mediach pojawiła się informacja, że 3 września na Arena Lublin odbędzie się kolejny koncert – tym razem wystąpić ma urocza (wizualnie i wokalnie) Katie Melua. „Co do k… nędzy?” – pomyślało zapewne wielu.  – „Znowu stadion?” Tym bardziej, że o ile Geldof & Biohazard na tego typu obiekt jeszcze jakoś pasują, to Melua ze swoją oniryczną otoczką pasuje do radzyńskiej Oranżerii, ale nigdy na stadion. Skąd zatem ta durnowata decyzja?

Szydło wyszło z worka dość szybko. Otóż okazało się, że Lublin biorąc kasę od Unii na stadion zobowiązał się, że do końca 2015 roku pojawi się na nim 361 tys. widzów, w przeciwnym razie – zwrot dotacji. Do tej pory na lubelskiej Arenie pojawiło się tylko 100 tys. mniej lub bardziej przypadkowych widzów, a więc do wypełniania zakładanego minimum droga jeszcze daleka. Rodzi się obawa, że na koncert Katie Meua „fani” dowożeni będą autobusami, a kolejne wydarzenia organizowane na nowym stadionie będą miały jeden cel: zrobić frekwencję.

Ale po co się męczyć i ściągać gwiazdy z Zachodu? Wystarczy zrobić kilka koncertów disco-polo z biletami za kilka złotych, zaoferować gawiedzi kiełbasę i piwo, a frekwencja zrobi się sama. Ale czy o to jednak chodzi? Bo może chodzi o to, że tego typu stadion w mieście, którego czołowa drużyna pałęta się w III lidze jest w ogóle niepotrzebny (tak samo zresztą jak lotnisko w Świdniku)? Bo może chodzi o to, żeby wziąć kasę z UE (skoro dają) i zrobić coś, co w ogóle nie odpowiada potrzebom społeczności a zaspokaja jedynie chore ambicje decydentów? Pewnie tak. Tylko Katie Melua żal…

 

Handel dziećmi

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Gry rodzinne – część 6. Gry w opowiadanie

Skomentuj