banner

Komy

Czasem zdarzało się tak, iż Belfer, będąc pod wrażeniem (pozytywnym lub negatywnym) jakiejś pisemnej pracy swych uczniów, dopuszczał się wpisywania komentarza w danym (efektownym) miejscu.

Co poniektórym, takowe formy wylewności dydaktycznej bardzo się spodobały. Szczególnie jedna uczennica miała bzika na punkcie owych komentarzy, które zwała „komami”. Jako że była w tym procederze natarczywa, przy pewnej okazji nauczyciel-komentator wpadł na pomysł, który (jak się okazało) ją do tego zniechęcił.

Otóż pewnego razu, kiedy robił z nimi jego ulubione ćwiczenie z tekstem źródłowym, a komo entuzjastka, wraz z towarzyszkami znów nalegała, aby historyk obok oceny „dał jakiegoś koma”, ów… się zgodził. Nakazał dziewczynom siąść do ławek, tak by nie widziały, co wpisuje i oddał im kartki z ich pracami. Gdy to nastąpiło, zaczęły z podekscytowaniem czytać jedna po drugiej. Po pierwszym komentarzu o treści „No brawo Julka!” uśmiechnęły się błogo.

Po drugim – „A Ola, jak zwykle błyszczy” – jeszcze bardziej. Lecz po trzecim, który znajdował się u wspomnianej już komo entuzjastki, parsknęły śmiechem, zaś sama zainteresowana, śmiertelnie się nafochała (tj. na co najmniej kilka godzin).

A brzemienny w skutkach komentarz na jej karcie brzmiał: „coś tam”.

Sen o starym dworcu

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Zasadnicza służba wojskowa wraca?

Skomentuj