banner

Na krańcu świata, cz. 28

Mamy już końcówkę adwentu. Dobry to czas. Jest za co dziękować. Sporo ludzi na rekolekcjach parafialnych – chyba nawet pierwszych adwentowych rekolekcjach w naszej parafii.

Udało się też odwiedzić wszystkie nasze dojazdowe „toczki”, więc wszyscy mięli okazję do spowiedzi. Kończę też odprawianie codziennych Mszy Św. w intencji poszczególnych rodzin naszej oziornowskiej wspólnoty. Na początek przygotowań do naszego Jubileuszu i przed czekającymi nas parafialnymi misjami, chciałem zrobić ludziom niewielki „podarek”. W adwencie odprawiam codziennie Msze Św. za kilka kolejnych rodzin naszej wioski. Cieszę się, że w tym czasie pojawiło się w kościele kilka osób, z którymi nie spotkałem się wcześniej osobiście. Da Bóg, może choć ktoś jeden pozostanie na dłużej. Mylę, że była to niegłupia idea.

Ponieważ na początku adwentu intensywnie objeździliśmy wszystkie wioski, to w połowie grudnia pojawiło się więcej wolnego czasu. I wtedy co robi Dobrodziej … idzie oczywiście na łowy. Mój parafianin namówił mnie na „zimową rybałkę”.

Przy okazji tegoż niezwykle urzekającego zajęcia udało się spotkać i pogadać z kimś, kto już długo w kościele się nie pojawiał. Sasza to w sumie młody mężczyzna, mąż, który choć i ochrzczony przez „babuszkę” to dziś Bogu się nie naprzykrza. Tutaj takich „ochrzczonych przez babuszkę” jest wielu, to pozostałość tych czasów, gdy nie było księdza i dzieci chrzciły starsze kobiety – swoiste duchowne przewodniczki. Saszka okazał się wesołym człowiekiem. Odstąpił mi jedną ze swoich zimowych wędek, sam przygotował „łunkę” dla Dobrodzieja. Lunka to ta dziura w lodzie dla połowu ryby. Rekomendował mi też pomarańczowe spodnie, tłumacząc, że mają one jakieś magiczne oddziaływanie na ryby. Nasz pierwszy dzień znajomości zakończył się tym, że odwiozłem mu na drugi dzień koło do wulkanizatora – 60 km.

Dziś jeszcze młodsza młodzież robiła stroiki bożonarodzeniowe dla naszych chorych parafian, tych których odwiedzam przy okazji pierwszych piątków. Chcą jeszcze przed świętami poodwiedzać tych ludzi z życzeniami świątecznymi i niewielkimi prezentami. Dzieciaki zaś miały kolejną próbę przed scenką, którą przygotowują na święta.

Tak w ogóle to nam się poszczęściło, bo nowa dyrektor szkoły obiecała skrócić zajęcia w szkole 25 grudnia. W Kazachstanie 25 grudnia to zwykły roboczy dzień, dzień pracy. No ale dzięki jej życzliwości i swoistemu męstwu wszystkie dzieci i nauczyciele chętni wziąć udział we Mszy św. Bożonarodzeniowej, 25 w dzień  mogli w niej uczestniczyć. Pozostali mieli normalne zajęcia w szkole.

Na zdj. tytułowym: Nowy parafianin” w swoich pomarańczowych szarawarach, przy wierceniu „łunki’ dla Dobrodzieja.

Dekoracja w jednej z naszych dojazdowych kaplic – stary dom przystosowany na warunki kaplicy. To co cieszy to fakt, że w tych „kaplicach” ludzie sami troszczą się o ich utrzymanie, ogrzewanie, zrobienie dekoracji. Czasami przy większych inwestycjach, typu większy remont trzeba im finansowo pomóc.
Na rybałkę trzeba oczywiście dojechać. Nikołaj gwarantował, że 30 cm. lód wytrzyma. W dali widać nasze Oziornoje.
Dobrodziej nie zważając na brak pomarańczowych spodni spokojnie zajmował się swoim diełom. Myślę, że szacunek dla duchowieństwa po tym wspólnym wędkowaniu nieco wzrósł.
Część młodszej młodzieży przy stroikach dla chorych parafian. Starsi, zwłaszcza chłopaki tymczasem łomoczą w pin-ponga w naszej świetlicy. Ta świetlica, mieszcząca się na poddaszu plebanii to praktycznie jedyne miejsce,  gdzie młodzież może się spotkać zimą. W wiosce nie ma zupełnie żadnego innego miejsca – ni klubu, ni świetlicy, tylko ulica – no przy miejscowym mrozie to nie  najprzyjemniejsze miejsce.
Widok z moich okien ok. 9 rano.
Drogi zimowe mają i takie swoje uroki

 

Wigilia za okupacji hitlerowskiej

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Święta, Święta…

Skomentuj