Na krańcu świata, cz. 31

Po kolędowaniu młodzieży przyszedł czas i mojej kapłańskiej „kolędy” w Oziornym. To odwiedzanie ludzi, rozmowy z nimi – to rzeczywiście coś szczególnego. Jakieś szczególne doświadczenie. 

Dla mnie tutaj to przede wszystkim jakaś lekcja pokory, jakieś pytanie – jak tym konkretnym ludziom posłużyć? Jak dotrzeć własnie do tych konkretnych osób, ludzi?

Zachodzę do każdego kolejnego domu. W niedzielę rozwiesiliśmy ogłoszenie przy naszym wioskowym sklepie. Ogłoszenie z podanym grafikiem, jakie domy chciałbym odwiedzić z możliwością poświęcenia ich i spotkania się z rodziną. Jak na chwilę obecną to nie jest źle – tylko jeden dom był zamknięty i w jednym gospodarze odpowiedzieli przez sąsiadów, że „nie chcą poświęcenia domu”.

Pierwsza ulica okazała się ciekawa. Od strony jeziora. Ja jako niedoświadczony mieszkaniec Oziornego zacząłem zachodzić do domów od strony „ulicy”, co po chwili okazało się całkowicie niewłaściwe. Od strony jeziora są bowiem zaspy po pas, a moje próby ich pokonania poznaczyły prawdopodobnie pierwsze i może nawet jedyne w tym miejscu ślady na śniegu. Zaraz w pierwszym domu gospodyni delikatnie podpowiedziała, że do nas ojczulku to teraz tylko przez ogrody, to znaczy od strony ogrodów, bo tam mniej pozawiewane. Mam każdego dnia wyznaczonych po 9 domów – 4 po porannej Mszy o 9:00 i potem 5 po obiedzie. Tak by skończyć przed 17. O 17.00 bowiem u ludzi zaczyna się wieczorny obrządek w stajniach, chlewniach itp.

Ciekawostki z tego tygodnia:
– półgodzinna rozmowa z gospodarzem, który zaraz na progu przywitał mnie słowami „ja, proszę ojca, niewierzący”. Całkowicie przekonany, że życie nie ma jakiegoś większego sensu. Jego mama z chrztu prawosławna. Praktycznie codziennie jest na Mszy św. u naszych Karmelitek.
– babcia wspominająca „komendancki czas”. Do śmierci Stalina w wiosce obowiązywał tzw. „komendancki czas”. Oznaczało to, że bez pisemnego pozwolenia nie wolno było absolutnie wyjechać z wioski i po zmroku był obowiązek przebywania w domu. Potem poszły wspomnienia o podpolnie, nocą przyjeżdżających księżach, o niedzielnych modlitwach po domach. Ciekawe bardzo.
– rozmowa z mężczyzną, któremu piorun zabił żonę – ok. 10 lat temu. W domu porządeczek. Wychował troje dzieci. Pozostał sam. Dzieci w mieście na studiach. Pytanie o kościół widać, że zrodziło jakiś wewnętrzny ból. Przy moich modlitwach stał bez słowa, bez znaku przeżegnania się.
– w jednym z kolejnych wejść – poświęcenie konia. Już po długiej rozmowie, po poświęceniu domu – syn gospodarzy poprosił, bym mu poświęcił konia. To trzeci koń, którego kupił. Dwa poprzednie zdechły. Kończyłem więc tę duszpasterską posługę w stajni – pierwszy raz w życiu karmiąc konia cukrem. Inny pan hodujący konie poopowiadał mi też trochę ciekawostek, związanych własnie z ich hodowlą. Przykładowo to, że teraz w zimie, gdy nie ma jeszcze takich wielkich śniegów, to konie pasą się same w stepie – bez pastucha. On tylko jedzie raz na kilka dni sprawdzić, czy ich ktoś nie ukradł, a tak w stepie cały czas są one tam same, grzebiąc sobie w tym niewielkim śniegu na stepie.
Tym jednak co ucieszyło mnie najbardziej jest nadzieja na uporządkowanie kilku małżeństw, żyjących dotychczas bez ślubu. Jeśli by się to udało, to byłby to najlepszy owoc mojego kolędowania w tym tygodniu.
Polecam to kolędowanie Waszej modlitwie.

Nasi młodzi oziornowscy kolędnicy
U naszych Karmelitek

 

Tak się wędkuje przy niewielkim „buranie”.

 

Tradycyjna zabudowa naszych wiosek. Dom jest praktycznie pod jednym dachem z budynkami gospodarczymi.

 

To budynek naszej wioskowej przychodni zdrowia. Czynna jest codziennie dwie godziny po obiedzie. Przyjmuje tam codziennie pielęgniarka. Lekarze – mogą być, ale na zamówienie.
Fajnie wyglądają stogi siana i słomy przy domach. Pierwsze moje skojarzenie – ugryzione polukrowane bułki. Proszę się dobrze przypatrzeć.

Jedna z moich dzisiejszych parafianek okazała się też zajadłym rybakiem „zimowej rybałki”. Przyznała się, że ostatnim razem złapała ponad 100 ryb. Podzieliła się z synem w mieście i jej jeszcze zostało. Nawet Dobrodziej dostał za swój trud kolędowania na obiad kilka już usmażonych.
A to co? Telefon komórkowy wiszący na firance – ? W jednym z dziś odwiedzanych domów – własnie to wyjątkowe miejsce jest najefektywniejszym miejscem złapania telefonicznej fali sieci komórkowej. Wszystko zależy od położenia domu i sieci komórkowej. U mnie na plebanii takim zbawiennym miejscem jest parapet od strony wioski.

Eufemizacja

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Twarzowa cenzura

Skomentuj