banner

Łosie i łososie

Spin, spinning, denka czy gruntówka, fileciarz, kije, badyle (to o wędkach) – nie wiem czy potrafiłabym poprawnie wpleść w rozmowę te zwroty, choć mam pewną łatwość w używaniu frazeologizmów, których nie do końca rozumiem.

Jeśli wyobrażasz sobie, że słyszysz ode mnie 2 tygodnie po kupieniu przez mojego faceta pierwszego auta rzucone swobodnym tonem, że ma „blachy w ocynku” (oczywiście ford a nie facet) możesz wyobrazić sobie, o czym mówię. Ale moja wiedza o samochodach (obecnie znacząco już poszerzona i umożliwiająca konstruowanie jeszcze piękniejszych zdań na ich temat), jest o wiele większa niż o wędkowaniu.

Wędkowanie – tak, jak każde inne hobby – ma swój świat i język ten świat opisujący. Świat – podobnie, jak w przypadku innych hobby – coraz bardziej skomplikowany. Obecnie nie da się już przecież uprawić hobby amatorsko. No jak to tak – bez sprzętu? Kursów? Firmowej zanęty/ kleju wyłącznie do decoupagu/ dobrej masy cukierniczej/ stopki do wszywania lamówki/ butów do biegania/ spodenek kolarskich i kasku…? To oczywiście zupełnie inny temat, który można by długo rozwijać. Dość powiedzieć, że ludzi, którzy mają rzeczywiście ciągoty do wędkowania, cukiernictwa, szycia… itd. gotowych się naprawdę w to zaangażować, nie jest aż tak wielu.

Tych zaciekawionych wędkowaniem (i każdą inną działalnością) – znacznie więcej. Chcieliby czasem rzucić nonszalancko jakieś błyskotliwe pytanie, coś jak porozumiewawcze mrugnięcie okiem, że wiedzą, rozumieją… Ale nie jest to takie łatwe. Bo jednak nie wiedzą i nie rozumieją, co więcej – nie znają języka. Jeśli chodzi o wędkarzy najłatwiej jest wtedy, gdy „kije” już rozłożone, a spławik unosi się na wodzie, bo można wypalić z klasycznym „Biorą?”. Ale przecież wędkarzy spotyka się w różnych miejscach. I co wtedy? Czy można okazać im swój żywiołowy entuzjazm bez osobistej kompromitacji?

Mam sąsiada wędkarza. Zawsze, gdy rusza na ryby przyglądam mu się z ciekawością. Chwytam strzępy prowadzonych z ożywieniem na podwórku rozmów z kolegami. Obiecuję sobie jednak nigdy nie zadać najgłupszego z pytań, które można skierować do człowieka z wędką: „Na ryby?”. Nie jest to jednak zasada powszechna. A łosie? Rzeczywiście były w tym czasie w mieście. Wybrały się na spacer po Ogrodzie Saskim. I niestety jeden przypłacił to życiem. Ale nasz wędkarz nie przyłożył do tego oczywiście swojej wędki, ponieważ był wtedy… no właśnie… na rybach.

Na krańcu świata, cz. 8

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Oprawa

Skomentuj