banner

Lustracja

Belferowska zasada o nieprzyjmowaniu swych uczniów do grona znajomych na portalach społecznościowych, chyba nie zniechęcała ich do oczekiwania na ten moment – wręcz przeciwnie. Kiedy zatem nadeszło zakończenie roku szkolnego – zgodnie z umową – akceptował zaproszenia absolwentów. No i zaczynało się…

Wygłodniali wiedzy o swym nauczycielu, czy może bardziej – o jego wirtualnej działalności, penetrowali jego profil wzdłuż i wszerz. Zatem przez pierwsze dni od godziny „0”, na jego konto schodziła cała lawina powiadomień o komentarzach i innych reakcjach jego niedawnych uczniów, które czynili względem umieszczanych przezeń tam treści. Jakby tego było mało, pojawiała się też korespondencja na czacie.

Jedna z absolwentek wyznała: ”Normalnie 10 miesięcy na to czekałam”. Belfer chciał złośliwie odpowiedzieć, że nie zauważył, iż miała przenoszoną ciążę; no ale pohamował się, gdyż darzył ją sympatią. Inna, w trakcie jakiejś długiej, obfitej we wspomnienia konwersacji, wyznała, iż w szkole spodziewali się, że będzie on bardzo surowy i wymagający. Takie bowiem chodziły wieści. A jakie konkretnie? Ano, że jest „obkuty ze wszystkiego” i nie sposób go „zagiąć” z jakiejkolwiek dziedziny. Takowe informacje ponoć rozpowszechniały: nauczycielka angielskiego, z którą znał się jeszcze z gimnazjalnych ław; oraz ucząca go w tamtym okresie matematyczka. Ta ostatnia, ponoć często wspominała, jak to co rok bił on własny rekord. Bowiem na semestr w pierwszej klasie miał jedynkę z matematyki, zaś gimnazjum skończył z piątką. Ba – najlepiej ze szkoły napisał część matematyczno-przyrodniczą testu gimnazjalnego.

Jeszcze półtorej roku później Belfer dowiedział się, że ta sama nauczycielka w swojej klasie mówiła, iż on – będąc w trzeciej klasie gimnazjum – lepiej tłumaczył matematykę swoim rówieśnikom, niż ona.

Na krańcu świata, cz. 37

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Antychryst a sprawa polska

Skomentuj