Miastu

Jeden z ostatnich pochodów pierwszomajowych, pierwszy mecz na wielkiej wówczas murawie w dniu dziecka i cukierki w papierowej torbie od p. Stepulak, lody za 50 groszy w kempingowej przyczepie za ODK-iem, zabrana (wcześniej znaleziona) proca od dyżurującej pani w filialnej. Beczkowóz na starej Zabielskiej i wieczne awarie przed przedszkolem na obecnej Spółdzielczej. Fotografie pamięci.

Dwa sklepy na miejscu obecnego parkingu do małej Biedronki, vis a vis wypożyczalnia kaset video „u Kazika”. Strome schody do kolejnej, w drodze na pocztę. Masa pielgrzymów na bocznym Orląt i przyklejona plastrem kartka na drzwiach „leki” w bloku pod adresem 6/110 na Zabielskiej.

Śmieciara pana Edzia i autentyczny podziw do wielkiej machiny, którą ujarzmiał z pewnym wdziękiem. Wyglądając zza okna widziałeś też białą, a potem niebieską warszawę sąsiada.

Bieganie na przerwę do „Unitry”, by na początku lat 90-tych zobaczyć duży telewizor z wyświetlanymi dla potencjalnych klientów sensacyjnymi filmami klasy „B” – sprzedawca pieklił się, że zapatrzenie w ekrany uczniowie wciąż zostawiali mu w sklepie worki z kapciami, a on czuł się obowiązany odnosić je do szkoły. Ciułane SKO, by pod koniec roku przeputać wypłacone środki na coca-colę w puszce. Koledzy zbierali masę tego aluminium w swoich pokojach, tworząc kolorowe mozaiki na szafkach.

Piaskowe boisko na Zabielskiej i godziny grania do zmroku, przeprowadzki wujasów, rodzinne chrzty, komunie i śluby.

ile deszczów, ile śniegów, wiszących nad latarniami

ile chlebów rozkrajanych, pocałunków, schodów,książek

Zachwyt nad śpiewem wielkiego chóru połączonych lubelskich uczelni podczas Dni Lipińskiego w parafialnym kościele. Przenosiny z dolnego do „górnego” kościoła. Początki parafii, lata oazy i wspaniałych przewodników życia – księży: Andrzeja Żelazo(piątkowe odprawy, a nawet oglądany wyjazdowy mecz ze Szwecją w eliminacjach; potem początki Siedlanowa), Marka Andrzejuka, Sylwestra Ługowskiego, Józefa Kuzawińskiego…

Egzamin do liceum i piękne 4 lata z nauczycielami, których doceniasz po latach. Przypominasz sobie śmieszne historie; rzadkie, ale zawsze wyjazdy (kolega Kuba załatwił w 1 klasie pobyt, służący na co dzień jako ośrodek dla AA; jednym z punktów były spotkania w grupach, tzw. patelnia – coś a la krąg szczerości).

-Było, było…kiedy przejdziemy na czas przyszły? – pieklił się główny bohater „Domu”, gdy słyszał po wojnie jedynie wspominki.

Przeszłość; to, co było określa jednak to, kim jesteśmy, ta nasza tożsamość, związana ściśle z naszą radzyńską axis mundi. Herbowa, Gubernia, Kozirynek, syndykat, Agusia.

Ha,  Korczaka niespełniony utrwalacz pamięci określił, pisząc sprayem na garażu – Brooklyn. A skoro o nim mowa, lubię tą scenę z filmu „Dym”:

Ech,, Radzyniu! Wyglądający czasem lepiej na zdjęciach, niż w rzeczywistości. Namacalny przykład trudnej miłości.

 

Jakub Hapka

Na portalu od jesieni 2012 r. Najpierw jako felietonista, od maja 2015 redaktor naczelny. Absolwent polonistyki UMCS. Fan futbolu.

A myśmy się spodziewali…

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Psikus

Skomentuj