Mordorczyk - RadzyńINFORadzyńINFO
banner

Mordorczyk

Jak tu nie kochać tego miejsca ? Przecież to ucieleśnienie biurowości, zachodu, a nawet, jak niektórzy mówią, luksusu. Przecież tu chce pracować co drugi warszawiak albo i poza warszawiak. Mordor, Mordor… słyszysz gdzieś na warszawskim chodniku i nie wiesz, o co chodzi ?

Chyba jesteś znikąd, a może nie daj Bóg z Podlasia, ze wsi albo z innej słoikarni. Co za różnica, przecież i tak jesteś nikim. A w Mordorze, nie kojarzonym z Tolkienem, lecz w tym warszawskim, wszyscy są światowi, świadomi i wykształceni. Słowem, są elitą miasta, kraju i kosmopolityczną inteligencją (przypomniał mi się Ulmbach z CK Dezerterów ze swoją „świńską inteligencją”), której styl życia i działanie prosty lud powinien chyba naśladować.

Drogi Czytelniku, już wiesz, co to Mordor i kto tam pracuje. A teraz pokażę Ci, że jest tam bardzo jasno. Z dwóch powodów. Po pierwsze panuje tam przecież oświecenie; poza tym znajdziesz tam (ulice Domaniewska, W. Rzymowskiego – fuj!, Postępu-drugi fuj i Marynarska) całe może wielkich szklanych biurowców. Zresztą i tak łatwiej jest tu dostać pracę niż dojechać. Przeciętna podróż to tego miejsca trwa około pół godziny z centrum miasta, ja jadę tu dwie godziny ze swojego zapyziałego miasteczka, które wprost uwielbiam i nie piszę tego z ironią, ale całkiem serio.

A jak ja do Mordodu trafił? Przypadkiem, choć kiedyś już sobie wywróżyłem, że będę pracować w czymś takim i wyszło, jak wyszło, czyli jestem Mordorczykiem, członkiem korporacji (przed wojną też były: na przykład: Arkonia, Welecja), więc mogę być dumny. Straciłem pracę w innym, bardziej ludzkim korpo, takim wieśniackim, na warszawskiej Pradze. Nie to, co tu! Więc awansowałem zawodowo z Magistra Pigularza II na Nowoczesnego Pracownika, Lidera Sprzedaży, człowieka silnego i nieustępliwego sprzedawcę marzeń, tellsellera, specjalistę do spraw…, no i w ogóle awans ten miał charakter nie tyle awansu zawodowego, ale nawet społecznego. Przecież jesteś u najlepszych, w najlepszym teamie, masz umowę o pracę, urlopy, dostaniesz co tydzień lizaka, pochwałę, kartę na siłownię, bo przecież trzeba się gdzieś kształcić.

Nie śmiejcie się, żeby się dostać do pracy musiałem przejść trójstopniowy egzamin. Najpierw rozmowę z Misiem z mojej firmy, na której kłamałem jak z nut, udając twardego lidera sprzedaży w kowbojkach, szeroką klatą i przedstawiciela handlowego, który wchodząc do kiosku od razu wie, jakie batoniki i fajki potrzebuje blondyna zza lady, która się wypindrzyła wiedząc, że to ja dziś przyjadę. Prowadzący rozmowę, jeden z najlepszych supervisorów (zapamiętaj tę nazwę!), od razu łyknął moją kandydaturę, sugerując, że stalinizm ma nadal wpływ na dzisiejszą rzeczywistość, co mi się akurat spodobało. Kolejne dwa etapy egzaminów, których przecież mogłem nie zdać, wiązały się z opanowaniem wiedzy teoretycznej oraz przeprowadzeniem rozmowy sprzedażowej z kierownikiem. „Na szczęście” odnalazłem się w tym wszystkim, i tak znalazłem się w Mordorze…. Lecz do dopiero początek! Bądźcie czujni!

Wszyscy chcą naszego dobra

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Odszedł dr Jan Trokowicz

komentarze 2

  1. Adam Świć
    03/01/2016

    Mój stary moskalik:
    Kto mi powie o Kiszczaku,
    że to człowiek jest honoru,
    niech wypieprza stąd na flaku
    po kamieniach do Mordoru.

    PS Pozdrowienia, Damian! Witaj na łamach.

  2. ingalena
    06/03/2016

    Serio „tu chce pracować co drugi warszawiak”? Nie znam nikogo kto chce, a nie musi, choć sama pracuję w okolicy. Dojazd tam to potworność. Raczej może co drugi Warszawiak tam pracujący, chce się wyrwać z Mordoru:)

Skomentuj