banner

MUZYCZNE RADZYNIANA 1. Rockowy Nahorny.

Muzyczny Radzyń to – wbrew pozorom – bogata kraina. Cykl, który rozpoczynam, ma szanse rozciągnąć się na parę lat, bo radzyńskich śladów w polskiej muzyce popularnej (i nie tylko) jest naprawdę dużo – a poszukiwania przecież dopiero rozpocząłem. Będę sobie skakał po epokach i gatunkach muzycznych. To dość oczywiste, że zaczynamy od Włodzimierza Nahornego … ale nie będzie to nieśmiertelny i genialny „Jej portret”…

Nahorny, Radzyniacy to wiedzą, tutaj się urodził (5 listopada 1941 r.) i (kilka razy) koncertował. Dziś to nestor polskiego jazzu, kompozytor wielu evergreenów, nobliwy brodacz za fortepianem, ale w 1969 roku był … członkiem zespołu BREAKOUT. Grupa Tadeusza Nalepy to była wtedy autentyczna rewelacja (prezentująca zupełnie inną jakość w zestawieniu z pierwszym profesjonalnym składem Nalepy BLACKOUTEM). Płyta „Na drugim brzegu tęczy” określa moment, w którym „swojski big beat zmienia się w rock – ten psychodeliczny, undergroundowy, wówczas nowoczesny” (Jan Skaradziński „Piosenka musi posiadać tekst. I muzykę”). Tytułowy utwór z płyty został nagrany w marcu 1969 r. przez Mirę Kubasińską – śpiew, Tadeusza Nalepę – gitara i śpiew, Michała Muzolfa – gitara basowa, Józefa Hajdasza – perkusja i Włodzimierza Nahornego – saksofon.

Tak to wspomina sam Mistrz: „W tamtym czasie prowadziłem własny zespół, ale byłem też muzykiem sesyjnym; zresztą mieszkałem na Starówce w pobliżu studia Polskich Nagrań. Dzwonił telefon, a ja się pytałem tylko kiedy, o której godzinie i jakie instrumenty mam ze sobą zabrać. Gdy wtedy przyszedłem do Brakoutu, z zespołu był w studiu obecny tylko Tadziu. Powiedziano mi, że mam zagrać do trzech gotowych (choć bez wokalu) utworów, gdzie zostawiono dla mnie wolne miejsce. No i nagrałem te solówki, właściwie improwizacje, od razu, za pierwszym, najwyżej drugim razem. W sumie grałem kilkanaście  minut. Bez przygotowań, bez żadnej celebracji. Grałem (…) po swojemu (…)” (op.cit.).

„Sola Nahornego w tym utworze słuchałem tyle razy, że zdarłem płytę do końca.  Ale ile było wrzasku w chacie, że w kółko puszczam to samo. Jak Mira zaczynała śpiewać ja przestawiałem igłę na początek. Mira jest ok, lubiłem jej słuchać, ale solo Nahornego na początku utworu, dokładnie jedna minuta, powodowało, że miałem motyle w brzuchu.” (z komentarzy kolegi Jacka kiedy wspomniałem na FB od czego rozpoczynam cykl).

 

Szpion z kukurużnika

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Populizm

Skomentuj