banner

Dawno temu nad rzeką Białą, cz. 25

Odkąd czarna płachta zawisła nad dzyńdzyńskim Pallatium Artis, a ludziska sami sobie pozostawieni zostali na pastwę mass-krzykaczy, oczy wszystkich spozierały już jeno ku tym, którzy ostatnimi czasy kojarzeni byli z jakimiś wyższymi uczuciami aniżeli hunowskie, czerwonolice proppagandum.

A już odkąd nad komesem Witem, którego od czasu poszczucia innoplemieńców psami magistrackimi Srogim zwano, widmo dania gardła zawisło, plebs nadbiałański zdurniał do reszty. Bo to wydawało się, że jeno albo sekta Współdroga do wyboru pozostawała, albo coraz bardziej ochrypły krzykacz Groch. Wtedy to quartet grzeczny, onegdaj, w czasach przedchłoptasiowych, w Pallatium Artis dokazujący, jako to Zorzan, Titus Młody, McElrus i Bóbr, Końskiubój założyli. Dziwne to było miejsce a tajemnicze. Jedni bowiem mniemali, że oto dobre stare czasy wróciły z hrabiami i dzierżawcami królewskimi, inni bojkotowali mniemając, że to nawiedzone miejsce jakoweś z demonami przez rycerza Rębajłę, albo – co gorsza – dawnego (a ciągle jarego) komesa Józwę nasłanymi.

Jednako wiela luda pierwszy jarmark na Końskimuboju nawiedziło i wici rychło w towarzystwo rycerskie poszły, że oto wyszczerbiony miecz został na nowo przekuty, a śpiący rycerze obudzili się i ku martwym dziś przybytkom pięknym przez przodków pozostawionym spozierają. Jak nic mogło to oznaczać, że marzy się i kreatorom Końskiegouboju powrót do miłych sercu miejsc. Tak sobie kalkulowali komesowi zausznicy, tym bardziej rezon tracąc im więcej ludzi obecność rycerza Rębajły w Radzie Monarszej przepowiadało.

I nieważne, że teoretycznie niewiele to w Dzyńdzyniu zmieniało. Praktyka życia w Rzplitej mówiła zgoła co innego, zwłaszcza, że czerwony a ponury Sromota już był w zamczysku swym Serniku się zaszył, Grabka z biedoty kmiecej liczyć na powtórne urodzenie w czepku nie za bardzo mogła, a kupie chłopskiej wielmożnego Sławy na dwoje babka wróżyła.
Nagabywany o to, jako znajomek końskoubojnego bractwa, Adalbert Kuna podrapał się po łepetynie. „Nic, ino trza spytać” – pomyślał. A gdzież quartet cały na raz wstrecić jak nie w Gospodzie pod Panem Bratem.
Takoż i po chwili pchnął drzwi i znajome gęby dojrzał, a na stole puchar z piwem, który już czekał nań i prosił się, by ucałować jego krawędź.
– Psubraty – mruknął z uznaniem i pociągnął potężny łyk złocistego napoju.
A potem sprawę wyłuszczył. Ale towarzysze niespecjalnie się przejęli.
– Daj mi dychnąć, czasu nie mam, coby w rzyć się podrapać – powiedział pacykarz Titus i zaklął szpetnie.
– Ja królewskich inkunabułów pilnować muszę – dorzucił usprawiedliwiająco Szkot McElrus.
Bóbr ino zza kufla spojrzał i mruknął coś o kreowaniu kreatur kreacyjnych, cokolwiek by to znaczyło (Adalbert Kuna na wszelki wypadek splunął przez prawe ramię, coby ewentualny urok odpędzić). Wzrok jego na wierszoklecie Zorzanie utknął. Czekał.
A Zorzan długo puchar przechylał. Potem odjął od ust. Przetarł usta dłonią… i znowu puchar podniósł. Wszyscy patrzyli jak Adamowe jabłko na szyi pracuje wytrwale nad dużymi łykami, które sobie aplikował. Wreszcie odstawił naczynie (może dlatego, że dno zajrzało mu w oczy) i rzekł:
– Dobra, jucha.

Lipcowa zaduma

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Radzyń #8

Skomentuj