banner

Prawym uchem – powrót

RedNacz. Jakub Hapka przydzielił mi (około)muzyczną działkę na portalu RadzynInfo.pl, a czyniąc to zaznaczył wyraźnie, że ramy tematyczne mojej rubryki są tak bezkresne, jak kolejki po Crocsy w Lidlu.

Skoro o rubryce mowa, to jej nazwa: „Prawym uchem”, narodziła się kilka lat temu, a pomysłodawcą nazwy był sam Darek Magier, który jest zwolennikiem teorii, iż prawidłowy odbiór muzyki dokonuje się jedynie poprzez prawe ucho. Nie chcąc kontestować dogmatycznej teorii Kolegi Darka zgodziłem się na taką nazwę. Rubryka ta miała być moim autorskim i stałym miejscem w kwartalniku bez stałej ceny, czyli „Kozimrynku”. Miała być i była – ale na debiucie się skończyło, bo „Kozi” zaraz potem popadł w poważne kłopoty natury materialnej i na dłuższy czas zapadł w śpiączkę wydawniczą. Swoją drogą – co to był za debiut: mój tekst poświęcony muzyce nacjonalistycznej został oprotestowany  przez „Otwartą Rzeczpospolitą”, która faszyzm widzi szczególnie tam, gdzie go ewidentnie nie ma i która gotowa była zrównać „Koziego” z bublową „Tylko Polską”.

Przechodząc do rzeczy: to co znajdzie się w tej rubryce, możecie Najmilsi traktować jako swoistą kontynuację tego, co kilka lat temu narodziło się w „Kozimrynku”. Warto dodać, że miałem już wówczas gotową część kolejnego tekstu do rubryki „Prawym uchem”, który z wiadomych już względów się niestety nie ukazał. Był to tekst o początkach mojej muzycznej miłości – miłości do Pink Floyd. Oto ten fragment:

Czym jest dla mnie muzyka Pink Floyd? Muzyka Pink Floyd jest dla mnie wspomnieniem czasów dzieciństwa. Dlaczego? Albowiem moja przygoda z tym Zespołem zaczęła się nieświadomie – kilkuletni słuchacz nie jest w stanie słuchać floydowskich dźwięków świadomie, jednak wyławia, zapamiętuje te dźwięki. Tatuś „katował” swoje dziecko (starszą o kilka lat od swego syna) „Ścianą” – dziecięcy chór z „Another brick In the Wall”, czy też demoniczne „Is there anybody out there?” wryły wtedy się w małą łepetynę. Nie były już obce – one właśnie wtedy jakoś zaistniały, znalazły swoje miejsce w umyśle, czekały tylko na odpowiedni czas – na moment kiedy ta „szuflada” w mózgu zostanie ponownie otworzona, za lat kilkanaście. „Szuflada” zwana Pink Floyd. Pamiętam też okładki pirackich kaset (ach ten PRL) – naturalistyczna krowa, czyli „Atom Hart Mother”, pryzmat – „Dark Side of the Moon”, kultowe cegiełki – „The Wall”, różowa świnka nad fabryką – „Animals”, itd.. Potem była listowna prośba do przebywającego na saksach w USA taty o odstąpienie tych kaset – rozpatrzona pozytywnie. Wtedy jeszcze nic z tego nie wynikło. 

Był też inny obraz: Dawne mieszkanie w rodzinnej miejscowości. Słoneczny dzień. Stoję na środku pokoju i stereofonicznie słyszę helikopter. Jest coraz bliżej i nagle krzyk: „You! Yes, you! Stand still, laddie!.”  Jakiś dreszcz się wkradł – emocji lub strachu – nie pamiętam. Pamiętam jednak ten obraz, bo jest on pierwszym śladem pinkfloydowskiej fonii, którą „pożarła” moja pamięć. To trudno opisać, to jednak można poczuć. Ja to wówczas poczułem.

Zdjęcie przedstawia mural Pink Floyd autorstwa Krzysztofa Dybaczewskiego (tata) w moim pokoju w rodzinnym Ulanie M.

Uprowadzanie dziecka

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Gry rodzinne – część 5. Gry logiczne

Skomentuj