banner

Prywatne szkolnictwo – dlaczego nie?

Szkolnictwo prywatne jest lepsze od publicznego. Po co płacić za coś co można mieć za darmo? Szkoły prywatne (płatne) istnieją, więc w czymś muszą być lepsze. Spróbuję dzisiaj obalić mit, który mówi, że gdyby nie państwowe, obowiązkowe, „darmowe” szkoły mielibyśmy pełno analfabetów.

Na wstępnie przyjąłem, że szkoły prywatne są lepsze. Zadajmy więc sobie pytanie dlaczego? Czy tylko dlatego, że za pieniądze szkoła ma dostęp do nowszych pomocy naukowych. Szczerze wątpię. W dzisiejszych czasach z Internetem i technologiami multimedialnymi nie jest trudno o ciekawe poprowadzenie zajęć. A może dobrze opłacani nauczyciele? I to jest jakaś poszlaka. Działające na wolnym rynku szkoły muszą dbać o renomę, wybierają więc spośród nauczycieli szczególnie predysponowanych do uprawiania zawodu. Czy to oznacza, że w szkołach publicznych edukacją naszych dzieci zajmują się miernoty? Broń Boże. Każdy z nas miał co najmniej jednego świetnego nauczyciela. Takiego który potrafił zmobilizować go do nauki, zainteresować przedmiotem a dodatkowo pozostawił po sobie dobre wspomina. Jednego, a dlaczego nie wszystkich? Bo dyrektor publicznej szkoły nie rozlicza się ze swojej pracy przed rodzicami, tylko przed urzędnikiem. A ten ma czasami znajomego, który innej pracy nie może sobie znaleźć. Wynagrodzenie dyrektora nie zależy od liczby rodziców chcących zapłacić za naukę swojego dziecka, ale od wspomnianego urzędnika, który ustanowił obowiązek szkolny i zapewnił szkole napływ uczniów. W dyskusji na temat prywatnych szkół jeden z nauczycieli zwrócił uwagę, że prywatne szkoły, w których o nauczaniu decydują rodzice, były by dla nauczyciela udręką. „Już widzę jak rodzice ustawiają się w kolejce do moich drzwi, żądając lepszych ocen dla swoich dzieci bez względu na ich umiejętności, w końcu to oni tu płacą” – argumentował nauczyciel. Biedak nie zauważył, że problem ten nie występuje w już istniejących szkołach prywatnych. Rodzice posyłają swoje pociechy do tych szkół, nie dlatego że nauczyciele stawiają w nich niższe wymagania, tylko dlatego, że szkoła taka daje gwarancje zdania egzaminów i kontynuowania nauki na renomowanych uczelniach.

Gdzie jeszcze należy szukać przewagi prywatnych szkół? Otóż uważam, że kluczem są tu niestandardowe programy nauczania. A co robi ministerstw edukacji? Standaryzuje – jeden program nauczania dla wszystkich, bez względu na płeć i poziom wyjściowy. Ministerstwo narzuca minimum programowe. Można je zrozumieć w przypadku szkół publicznych. Nie każdy nauczyciel ma ambicje przekazać całą posiadaną wiedzę. Minimum programowe zmusi go do wysiłku. Szkoły prywatne, dbające o renomę, nie mogą sobie pozwolić na leniwych nauczycieli. Minimum programowe staje się za to kulą u nogi w tych szkołach. Dlaczego więc ministerstwo edukacji upiera się przy minimum programowym? Bo w minimum programowym można przemycić kontrowersyjne treści. Można w ten sposób wpływać na wychowanie i zachowanie naszych dzieci. Ale czy one jeszcze są nasze? To nie my decydujemy kiedy idą do szkoły (w wieku sześciu czy siedmiu lat) i czego się tam uczą.

W Warszawie powstała prywatna szkoła, która świadczy usługi nauki indywidualnej. Spełnia przy tym wszystkie wymogi MON i zwalnia z konieczności uczęszczania do szkoły publicznej. Z oczywistych względów szkoła nie ma placówki a nauka odbywa się w domach uczniów. Prowadząca ją młoda ambitna nauczycielka w wywiadzie stwierdziła, że spełnienie minimum programowego w czasie indywidualnych lekcji zajmuje ok. 2 godziny dziennie. Nie musi już przy tym zadawać prac domowych. Pozostały czas, jeżeli takowy rodzice wykupią, nauczyciel może poświęcić na indywidualny program nauczania. I na koniec lęk nauczycieli przed utratą pracy. Rozwieję go pytaniem. A w których szkołach klasy są liczniejsze? W prywatnych czy państwowych? Bo skoro w państwowych, to prywatyzacja szkół sprawi, że pracy będzie więcej. Rodzice będą mogli wybrać, czy posłać dziecko do klasy koedukacyjnej czy jednopłciowej, klasy z religią, czy z edukacją seksualną. Będziemy mieli wybór, którego teraz nie mamy.

Zastanówcie się czy to ma sens. Nie wierzymy, że stać nas by było na prywatnego nauczyciela, który na lekcje przychodził by do naszego domu. Wierzymy za to, że stać nas na utrzymanie budynku szkoły wraz z jej dyrekcją i kadrą administracyjną, budynków i urzędników w ministerstwie edukacji i kuratoriach oświaty. A przy tym stać nas na korepetycje niedouczonych w państwowych szkołach dzieci. Rezygnujemy przy tym z prawa do decydowania czego uczą się nasze dzieci. Czy ktoś się państwa pytał jaki jest wasz światopogląd i jakich wartości chcecie nauczyć swoje dzieci? Dlaczego wszystkie dzieci mają się uczyć według jednego klucza? Dlaczego wierzymy, że gdyby nie państwo to z biedy lub z głupoty nie posłalibyśmy dziecka do szkoły? Aż tak nie kochamy swoich dzieci? Nie, no my to kochamy, ale sąsiedzi to już niekoniecznie. A co z kościołem, który w przypadkach biedy powinien nas wspierać, który mógłby zorganizować darmowe nauczanie dla potrzebujących? Już nie wierzymy w jego siłę? A co z sąsiedzką pomocą? Nie chce nam się pomagać sąsiadom? Lepiej zwalić odpowiedzialność na państwo. I co złego stanie się, gdy część ludzi nauczy się tylko czytać, pisać i liczyć (w zakresie podstawowym), a resztę czasu poświęci na praktyczną naukę zawodu?

Arek Strojek

Absolwent KUL, matematyk, inicjator spotkań Klubu Republikańskiego w Radzyniu, wykładowca i regionalny koordynator projektu Lekcji Ekonomii dla Młodzieży, działacz Zrzeszenia WiN Inspektorat Radzyń.

Podejrzenie molestowania

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Bądź offline

Skomentuj