banner

Radzyniak (III, cz.2)

Podczas gorączki wyborczego weekendu wybrał się na spokojną, mieniącą się złotawymi odcieniami jesieni, polską wieś.

W tej eskapadzie towarzyszyli mu: przyszły pan młody. R. oraz gospodarz gościnnych progów, D. Piątkowym wieczorem dołączył do nich kompan, P.

Przynosili z szopy drwa na opał, rozpalali piec – wspomnienie dawnych, branickich czasów, który przechodził w drugi pokój jako przyjemna, kaflowa ścianka.

Toczyli niekończące się rozmowy, jak sami się śmiali – TVN24 powinien wstawić do salonu kamerę i pokazywać sobotnim przedpołudniem prawdziwe „Drugie śniadanie mistrzów”. Rozpiętość tematów ich dysput przypominała starorzymską kopułę katedry (zresztą i o tem napomknęli). Słuchali z przyjemnością radiowej „Trójki”, z jej muzycznym bogactwem, wolnym od politycznych sympatii jej redaktorów.

 Wracali do słów z  Genezis – tak upłynął wieczór i poranek, dzień pierwszy.

Na prowincji dowiedzieli się, że nazwisko ich gospodarza odmienia się inaczej niż w radzyńskich realiach. Prawdziwym clou wizyty była jednak wizyta w specyficznym lokalu gastronomicznym. Niczym w naszym „Olsenie” jako zagryzkę, karczma proponowała tylko konserwy (spożywali je w domu jako konserwatyści).

Ich wzrok przykuwał oryginalny, wiszący na ścianie zegar, gdzie sekundnik obracał się w odwrotną stronę. W tej axis mundi nie obowiązywało stwierdzenie: zgodnie z ruchem wskazówek zegara. 

Przysiedli się do nich miejscowi, co i rusz pytający ich o imiona i obracający się w temacie, że jeden z nich to „Zdziśkowy” syn. Chciał docenić swobodę ubiorów dwóch starszych kompanów, rzucając niezrozumiały komplement o hipsterskiej czapce. Co ciekawe, większość przekraczających prób knajpy bez nazwy (z drugiej strony, po co – skoro jest jedna), podawała rękę wszystkim już obecnym. Dosiedli się też młodzi – jednego w myślach nazwał „Bambaryłą”, bo znał wszystkie pierwsze zwrotki wszystkich polskich piosenek.

W tle ich rozmów leciał „Szczęśliwego Nowego Yorku”. Jeden z nich wyczekiwał sceny z Figurą, tubylec kłócił się z D. na temat polskich kompleksów i zacofania. Łamali wyborczą ciszę, pokazując jałowość partii, która ledwo co przekroczyła próg wyborczy.

Była też historia z ciągnikiem, ale co było w Vegas, zostaje w Vegas:

Wreszcie słoneczna niedziela – i Msza w miejscowym kościele. Urzekła go autentyczna wspólnotowość malej parafijki. Ksiądz wchodząc do świątyni, miło zaczepił świeżo poślubioną parę. Chór, inicjujący śpiew pieśni tworzyły dwie panie (jedna z nich miała na chustce, zakrywającej włosy, napis: ROMANA). Wracając z liturgii, podjęli niepisane postanowienie, by choć raz w roku wyjeżdżać w weekend do tego spokojnego sioła.

Wracali do Radzynia, nasłuchując w radiu, informacji o frekwencji. Wracał z plecakiem i śpiworem, po drodze zahaczając o lokal wyborczy. Napotkał idącego tamże barda z rodziną: „Widzę, że jakaś Cię puściła. Wyjeżdżasz czy wracasz?” – zagaił Musiat.

„Z tym śpiworem może masz i rację, mówią o zimie tysiąclecia”.

Jakub Hapka

Na portalu od jesieni 2012 r. Najpierw jako felietonista, od maja 2015 redaktor naczelny. Absolwent polonistyki UMCS. Fan futbolu.

Inwazyjna neurochirurgia

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Bezczelna asertywność

Skomentuj