banner

Rower

Przyszła wiosna, było ciepło, zatem gimbusowy nauczyciel zaczął jeździć do swej wyjątkowej pracy rowerem. Żeby m.in. oszczędzić swym pociechom przedwczesnej sensacji, parkował swój wehikuł pod – przylegającą do terenu szkoły – kaplicą.

Naturalnie zmiana środka lokomocji nie mogła się uchować przed wzrokiem jego uczniów, przez których Belfer był wnikliwie i niemal permanentnie lustrowany. Aby uświadomić sobie skalę zjawiska, należy wspomnieć, iż wścibskie gimbusy dostrzegały nie tylko takie drobnostki, jak zmiana pojazdu ich (ponoć) ulubionego nauczyciela, o nie nie! W lot wychwytywały szczegóły w postaci zmiany obuwia, koloru skarpetek, rodzaju zegarka, czy długopisu, że o porach chodzenia do kościoła i terminarzu zajęć poza domem już nie wspomnę. Dlatego kwestia rozpracowania roweru wypłynęła w przeciągu kilkudziesięciu godzin.

– Proszę pana – rozległo się w pewnym momencie – a dziś znowu przyjechał pan rowerem?

– Tak.

– A da pan się przejechać?

– Nie.

– Ale dlaczego?

– Bo to mój rower i mam prawo decydowania o nim. Bo gdybyś się na nim wykoleiła, to odpowiedzialność za to w związku z powyższym spadnie na mnie. Bo scenariusz wykolejenia jest tym bardziej prawdopodobny, ponieważ nawet gdybyś siedziała na ramie, to raczej nie sięgniesz nogami do ziemi, a cóż dopiero gdybyś chciała się wspiąć na siodełko…

– To ja mogę jej spuścić siodełko – ozwał się jakiś pełnomocnik niskich dziewcząt.

– Spuścić – ściął go Belfer – to ty możesz w ubikacji… wodę.

Zainteresowanie rowerem na jakiś czas ostygło. Ale nie na długo…

– Proszę pana, a czemu pan go stawia pod kaplicą?

– A jak myślisz? – nauczyciel odbił pytanie, nie chcąc wprost sugerować, iż wolał go trzymać jak najdalej od niektórych uczniów.

– Bo jak ktoś go ukradnie spod kaplicy, to będzie miał grzech?

– A jak się kradnie poza kaplicą – zapytał zaskoczony i niemal rozbawiony taką retoryką, przesłuchiwany nauczyciel – to już nie jest grzech?

– No… w sumie… Ale! Jak ktoś ukradnie spod kaplicy, to wtedy grzech jest większy! Sprytnie proszę pana, sprytnie…

Nikt nie da wam tyle, co ja wam naobiecuję

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Dawno temu nad rzeką Białą III, cz. 9

Skomentuj