banner

Szef

Taki pseudonim nosił nieodżałowany ks. Marek Boruc, wieloletni moderator Ruchu Światło-Życie, któremu nie tylko piszący te słowa zawdzięcza ukształtowanie w wierze, ale też patrzenie na człowieka, kulturę i świat.

Księdza Marka poznałem w Leśnej Podlaskiej, jako mały szkrab, w ’93 roku na Oazie Rodzin – jak na tamte i obecne czasy nietypowej, gdyż oprócz małżeństw z dziećmi przez 15 dni była z nami młodzież, studenci – i to wzajemne uczenie się siebie, nieraz i naturalne spory i konflikty uczyły na przyszłość. Wielu z tych chłopaków wybrało drogę kapłaństwa, na „oazach” poznawali się przyszli małżonkowie. Na imieniny dostałem wtedy od „Szefa” fioletowy samochodzik – tak, pamiętam ten prezent.

Oazowa formacja jeszcze nie raz skierowała mnie do Leśnej – to Szkoła Animatora i tzw. ONŻ III stopnia. Pamiętam sympatyczne oczekiwanie na dworcu w Białej Podlaskiej i „wesoły autobus” do Leśnej, „wyczarterowany” przez PKS. Już w drodze do leśniańskiego Domu Pielgrzyma zaczynał się niezapomniany klimat weekendowych małych rekolekcji.

„Szef” wymagał od nas profesjonalizmu – od dyżuru w kuchni po nienaganną służbę przy ołtarzu. Pamiętam jeden z Dni Wspólnoty – pod koniec wakacyjnych oaz wszyscy formujący się w tym czasie w regionie zjeżdżało właśnie do Leśnej. Ks. Marek prawie na cały kościół wyraził swoją dezaprobatę do bałaganu na stoliku z darami. Podczas „zamkniętej” mszy dla naszej wspólnoty dwa razy zaczynaliśmy procesję – ówczesny muzyczny źle dobrał pieśń na wejście… Jeszcze niedawno raziło mnie, gdy patrząc na prezbiterium dostrzegałem byle jakie przyklęknięcie ministranta, niechlujny ukłon w stronę ambonki czy ołtarza.

Dwie sceny ze stołówki – na samym szczycie sali tuż przy wejściu do kuchni, znajdował się „stolik” szefa – wiele z dyżurujących dziewczyn dbało, by naczynia i sztućce były pozmywane i  wypolerowane na glanc, kiedyś tak się nie stało – a miałem szczęście siedzieć przy wspomnianym stole – ks. Marek chwilę popatrzył na łyżkę i z niesmakiem wyrzucił ją za siebie, skutecznie przerywając gwar przy posiłku

Częsty wyraz twarzy „Szefa”. Lubił powtarzać: „Twoje życie może być udane!”.

Na osobny wyimek zasługuje pani Kazia – kucharka, od lat pomagającą w kuchni, dobra kobiecina z „tutejszych”. Co i raz straszyła pracujących w kuchni, że wpadnie „kontrol” w postaci ks. Boruca i będzie kipisz. Siedzimy kiedyś w kuchni, już po dyżurze, „Szefa” zagaduje pani Kazia (pojechała razem z księdzem na wyjazdową oazę aż do Rzymu, sprezentowany przez wspólnotę zegar stamtąd był obiektem podziwu i wycieczek całej Leśnej do „bywałej” pani Kazi): Proszę księdza, a powystawiać stoły, sprosić tych wszystkich muzykantów (każda oaza to sporo muzykujących ludzi), nastawiać jadła i tak sobie świętować parę dni, na co ksiądz Marek zareagował krótko: „A kysz, pokuso/ maro nieczysta!”.

Gdy moja mama pojechała na oazę do Wiecznego Miasta, stwierdziła po powrocie: Zwiedziliśmy Rzym wzdłuż i wszerz, już bym się tam nie zgubiła. A na zdjęciach z tego wyjazdu „Szef” wciąż zaczytany, z przewodnikiem w ręku. Perfekcyjnie przygotowany do obowiązków. Zawsze.

Poranna modlitwa po „upojnej” nocy, gdy chłopaki z góry próbowali pożartować z dziewczynami, mieszkającymi na dole (może nie jak we „Wniebowziętych”, ale…), trwa dzielenie się słowami z psalmów z jutrzni – ks. Boruc cytuje a propos: między lwami spoczywam.

Często powtarzał też: Wspólnota boli. Pamiętam w Loretto że często zastawaliśmy go z różańcem w jednej, a gazetą w drugiej dłoni. Zdziwionym odpowiadał: widzę, za co trzeba się modlić.

W Siedlcach, podczas Powakacyjnego Dnia Wspólnoty, radzyńska parafia MBNP była odpowiedzialna za oprawę liturgiczną. Wraz z Pawłem Komarem nie wyrobiliśmy się, by ze świecami przebić się przez tłum ludzi i półkolem zacząć tworzyć procesję komunijną. Paweł podchodzi do udzielającego komunii księdza, który z wyrzutem teatralnym szeptem powiedział: – Krowy wy! -Amen – podsumował lektor światła.

Na zdjęciu widzę 2. radzynianki, Leśna Podlaska 2001. W górnym rogu zdjęcia „Major”, obecnie dziennikarz sportowy „Do Rzeczy”. Na agapie u „Szefa” tańczyliśmy pogo w rytmie „Białego walczyka”, którego tańczą kibice. To były czasy… Paweł Świć stworzył niezwykły duet bębniarzy z ciemnoskórym gościem Dnia Wspólnoty.

Nie przepadał za piłką, ale kojarzył kultowego wtedy Olisadebe. Wkurzał się, gdy oglądaliśmy jakieś wiadomości, informujące o jakiejś katastrofie/ większym wypadku, gdy spikerzy uspokajająco dodawali, iż wśród ofiar nie ma Polaków. Bawił nas deklaracją: Jestem „za” Polską w Unii Europejskiej; jestem „za” obecnością naszych w Iraku, jestem „przeciw” Radiu Maryja. Słyszący to stanowisko znajomy ksiądz poradził mu: niech więc ksiądz nie podchodzi do mnie podczas znaku pokoju.

Ciekawie opowiadał nam o swoim wikariacie w Łukowie – podczas nieobecności proboszcza, razem z kościelnym wyniósł z kościoła popularne ongiś „podpisane” klęczniki, krzesła (w myśl zasady, że kościół to wspólnota, nie grupa indywidualistów). Na odgłosy oburzonych parafian odesłał ich…do konserwatora zabytków.

-Pozdrówcie towarzysza Aleksandra! – zareagował na reelekcję „Kwacha”.

Proszę księdza, jadę na ODB (Oazę Dzieci Bożych) – chwalił się kiedyś przed nim świeżo upieczony animator z Radzynia

Chyba jako uczestnik – rzucił rozbawiony.

Rozbawieni oazowicze podawali sobie kiedyś z rąk do rąk gazetę – na jej ostatniej stronie widniał nagłówek: Gdyby nie Boruc… – chodziło rzecz jasna o rozpoczynającego karierę siedlczanina, bramkarza Artura Boruca. Na wieść o śmierci Szefa, kilku niezorientowanych zapytało: „Ten bramkarz?!”.

Mnóstwo wspomnień, choćby kawa przy „Ogniem i mieczem” w oczekiwaniu na Wigilię Paschalną, która – jak Bóg przykazał- rozpoczynała się o 22.00, a kończyła procesją rezurekcyjną. Nie o 6.00 rano dnia następnego, gdy de facto jesteśmy parę godzin „po fakcie” Zmartwychwstania Pańskiego.

Namawiając mnie na posługę animatora „Szef” na moje wykręty z obowiązkami na „działce” zapytał przez telefon:

-A co z działką dusz ludzkich?

Czasem przerywaliśmy nasze odprawy w sobotnie popołudnia na Szkole Animatora, dzwoniło Katolickie Radio Podlasie, a „Szef” płynnie nadawał relację z odbywających się rekolekcji.

Często, zmęczony dopilnowywaniem wszystkiego i wszystkich, wzdychał: kiedy doczekam czasów, że poprosicie mnie tylko, bym Wam Mszę odprawił?

Mentor. Mistrz. Niezwykły kapłan.

Jakub Hapka

Na portalu od jesieni 2012 r. Najpierw jako felietonista, od maja 2015 redaktor naczelny. Absolwent polonistyki UMCS. Fan futbolu.

Muzeum i monografia na 600-lecie miasta

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Stresor

Skomentuj