banner

Twarzowa cenzura

Oj, jak to dobrze! Jak dobrze, że istnieje prześwietny Fejsbuk, który pilnuje, by ludzi błędne, znaczy nielewicowe, mniemania nie uwodziły.

Jak bowiem można by było inaczej wytłumaczyć młodym ludziom, co to była za PRLu cenzura, czyli Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, z siedzibą przy ulicy Mysiej w Warszawie i z oddziałami w miastach wojewódzkich. Wiecie, jak oni, ci młodzi, myślą – jak to nie można  opublikować tego co chcesz w książce czy gazecie? Jak to nie można powiedzieć tego, co myślisz w radiu, czy telewizji? Zamówić plakatu, jaki ci się podoba?

A tak proszę, życiowy przykład. Niby demokratyczny, liberalny, ba, libertyński, portal społecznościowy, otwarty i postępowy, a tu figa. Demokracja liberalna okazuje się zupełnie jak ta za PRLu, która wtedy nosiła nazwę „demokracji socjalistycznej” (kiedy wreszcie dożyjemy demokracji bezprzymiotnikowej?!). Zatem tłumaczysz młokosom, że cenzura to coś takiego, co dzieje się, gdy na fejsbuku wyrażasz własną negatywną opinię o promocji homoseksualizmu i jego wszystkich denominacji, zabijaniu nienarodzonych, popieraniu organizacji narodowych itp.

Co się wtedy dzieje? – dostajesz bana: na dzień, na trzy dni, na zawsze. Za cenzury PRL-owskiej też takie bany rozdawano. Wielu miało je dożywotnio, za samo nazwisko. Miał je Stefan Kisielewski, miał Zbigniew Herbert i wielu, wielu innych. 

Mnie zakaz publikacji skończy się w sobotę wieczorem. Jestem w dobrym towarzystwie na bani(e). 

Powód zbanowania: opublikowanie historyczengo zdjęcia z wiecu Ruchu Narodowo-Radykalnego „Falanga” w warszawskim cyrku Staniewskich w 1937 r. Kolejna odsłona demokracji liberalnej – cenzurowanie przeszłości.

 

Na krańcu świata, cz. 31

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

O konspiratorach i donosicielach

Liczba komentarzy 1

  1. 24/01/2018

    Mnie zbanowano na tydzień za umieszczenie zdjęcia płodów po dokonanej aborcji. Pomyśleć, że kiedyś liberałowie postulowali wolność słowa. 1984!

Skomentuj