banner

Wielbicielki

Belfer spaceruje po korytarzu w ramach dyżuru. Przechodząc obok ławki z pierwszoklasistkami, otwartą dłonią zasłonił przed nimi twarz. Zainteresowało to, przechodzącą obok młodą polonistkę.

-Co ty się tak „ukrywasz”?

– Abo rechoczą się te dziewuchy, jak nakręcone, gdy tylko mnie widzą i nie chcę, żeby się zadławiły kanapkami, których jeszcze nie zdążyły zjeść.

– Aaa… to twoje wielbicielki. Rozumiem…

– Serio?! – historyk udał zaskoczenie. – Więc to jest objaw uwielbienia?… A ja myślałem, że one są po prostu nienormalne, a nie, że są moimi wielbicielkami. Chociaż wiesz, jedno drugiego nie wyklucza, a może nawet warunkuje…

* * *

Kiedy przechodził kolejny raz tą samą trasą, dziewczęta znów się rechotały.

– Dziewczyny, ale wy najpierw dojedzcie – zagaił z troską Belfer – a potem się możecie zaśmiewać do woli, bo jak mi się któraś zadławi i umrze na dyżurze…

– Ale proszę pana – wtrąciła jedna – śmiech to zdrowie.

– Powiesz to w sądzie, jak będą mnie chcieli wsadzić do więzienia.

– Oj tam. Nawet jak pana wsadzą, to my będziemy pana odwiedzać.

– Noo… bigos panu przyniesiemy – rozmarzyła się druga.

– Błagam Marysiu… bo jeszcze zapragnę trafić za kraty.

Więc mówi pani, że wszyscy mężczyźni są tacy sami

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Na krańcu świata, cz. 34

Skomentuj