banner

Wojna i spokój. Andrzej Bobkowski „Szkice piórkiem”.

To jedna z tych książek, której nieprzeczytanie nie dawało mi spokoju.

Była już chyba na liście lektur pod koniec moich studiów, choć pierwsze drugoobiegowe wydanie ukazało się w Polsce dopiero w 1987 (wcześniej, w latach 50-tych, wyszła w Instytucie Literackim w Paryżu). Księga to gruba, sążnista – pewnie dlatego nie załapała się do przeczytania na czwartym roku. Jednak potem tyle o niej słyszałem, że nie dało się jej nie przeczytać.

To książka piękna i straszna zarazem. To dziennik kochającego życie młodego człowieka – tyle że pisany w czasie II wojny światowej, którą przyszło mu przeżyć we Francji. Dziennik Bobkowskiego powstawał w latach 1940-1944. W momencie wybuchu wojny przebywał w Paryżu. Miał 26 lat. Pracował w fabryce broni, jako urzędnik w Biurze Polskim, i po napaści Niemiec na Francję wraz z resztą pracowników ewakuował się na południe Francji. Kiedy Francuzi poddali się Niemcom, Bobkowski postanowił wrócić do Paryża, gdzie została jego żona, jadąc do niej…rowerem (w towarzystwie koleżki, klasycznego warszawiaka, Tadzia – to jest dopiero postać!). Opisy tej podróży to najpiękniejsze fragmenty dziennika: epikurejska pochwała życia, piękna, młodości i, nade wszystko, wolności jednostki – a w tle oszalały wojenny świat. Zapiski późniejsze, paryskie, są dużo bardziej gorzkie. Bobkowski nie porzuca wprawdzie swojej epikurejskiej postawy, ale jest równocześnie chłodnym, analitycznym i krytycznym obserwatorem frontów II wojny, cynicznej polityki mocarstw, okropnej postawy Francuzów i beznadziejnej szarpaniny, skazanej przez wszystkich na klęskę, Polski. Jego analizy i przewidywania (np. brak najmniejszych złudzeń co do postawy Stalina) były tak boleśnie trafne, że pojawiły się nawet przypuszczenia, iż pewne fragmenty dziennika dopisywał post factum.

Europa zbrzydła Bobkowskiemu na tyle, że w 1948 roku razem z żoną wyemigrował do Gwatemali, gdzie zmarł trzynaście lat później.

Dawno temu nad rzeką Białą III, cz. 8

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Lublin Jazz Festival: relacja foto-video

Skomentuj