banner

Wspomnienia Karola Hurko, cz. 27

Dnia 28 grudnia wyjeżdżamy z Julis i jedziemy do Syrii w góry Libanu na ćwiczenia poligonowe. W wysokich górach Libanu mają przygotować wojsko do walki, gdzie jako transportu używa się mułów.

Ludność Libanu bardzo jest nam przychylna. Pełno w obozie dzieci, przynoszą kwiaty. Przychodzą w niedzielę na nabożeństwo.

Do kaplicy urządzonej w namiocie codziennie przychodzi dwunastoletnia dziewczynka. Częstujemy ją z kapelanem żywnością. Matka jej przez małą powiedziała, że jeśli mamy bieliznę kościelną do prania, to nam upierze. Skorzystaliśmy z tej oferty. Ojciec jej przyniósł upraną bieliznę i zaprosił nas na przyjęcie do miasteczka Beszmezin, gdzie zamieszkiwał. Poszliśmy jeszcze na trzeciego oficera oświatowego i we trójkę poszliśmy z prezentami. Bardzo nas serdecznie przyjęli i obficie ugościli. Zapraszali, żeby jeszcze do nich przyjść.

Nowy rok 1944 obchodziliśmy w Libanie. Dopiero początkiem stycznia rozpoczęły się ćwiczenia.

19 stycznia mamy pogrzeb w Tripoli polskiego żołnierza, który zginął w wypadku podczas ostrego strzelania.

Zaraz po przyjeździe do Libanu rozpoczą się kurs języka włoskiego. Kurs prowadzi nasz ks.kapelan Huczyński. Uczęszczam i ja na ten kurs, ale trwa krótko, bo niecały miesiąc. Już 25 stycznia zakończono ćwiczenia poligonowe i szykujemy się do wyjazdu.

Zrobiliśmy jeszcze składkę na pomoce szkolne dla dzieci w tej miejscowości. W szkole urządzili nam pożegnanie. Na zakończenie dzieci śpiewały i obdarowały nas kwiatami. W dzień wyjazdu ludność wyszła na ulice i szpalerem stała rzucając w nas kwiatami.

Ładujemy się w Bejrucie na transport kolejowy i żegnaj Libanie, opuszczamy Syrię. Jedziemy przez Palestynę, mijamy granicę Egiptu, gdzie pociąg nie zatrzymuje się. Jedziemy nad Kanałem Sueskim, który jest jeszcze bardzo „uzbrojony”. Anglicy obstawili kanał działkami przeciwlotniczymi z drzewa i dykty, a żołnierze to kukły ze szmat. Już prawdziwych działek nie ma, bo Niemcy już są w Europie.

Minąwszy miasto Ismaila zatrzymujemy się na stacji El Canta… gdzie wyładowujemy się. Jeszcze maszerujemy 2 km do obozu namiotowego. Tu jest nasza następna kwarantanna.

Jest zarządzenie, żeby jakie kto posiada kosztowności, pamiątki i inne niepotrzebne rzeczy pakować i zdawać do depozytu. Ja zapakowałem swoje pamiątki z Ziemi Świętej, fotografie, medaliki, obrazki i inne pamiątki, podpisałem swoim nazwiskiem i adresem i to włożyłem do walizki kapelana, na której były wypisane nazwiska i adresy. Depozyt ten odwieziono do Palestyny, dając nam każdemu adres, gdzie to ulokowano.

Już następnego dnia po przyjeździe, rozpoczynają się wycieczki po Egipcie. Trafnie radio niemieckie nas nazwało „turyści Andersa”. Po każdym przyjeździe na nowe miejsce, czy do innego kraju, można było usłyszeć, że turyści Andersa przyjechali tu, a tu.

Wyjeżdżały wycieczki do Kairu, do piramid, i innych miejsc. My z kapelanem pojechaliśmy na dwa dni do Ismaili. W obozie tym zastała nas burza piaskowa, a w ich języku „hamsin”. Coś okropnego taka burza. Silna wichura, namioty zrywa, a ciemno od piasku, w górze świata nie widać. Nigdzie nie skryjesz się. Żeby nie wiem jak coś chować i zawijać, wszędzie napędzi piasku. Pełno go w nosie, ustach, uszach, pomimo że się zawiążesz. Kucharze wtedy nie gotują, jemy suchy prowiant z piaskiem. Podobne to do naszej zadymki śniegowej, tylko że łagodniejsze i co śnieg, to nie piasek. Jeśli się śnieg gdzie dostanie, to zostanie z niego woda, a z piasku trzeba wszystko oczyścić i wytrzepać.

600 lat temu Kock otrzymał prawa miejskie

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Każdy wieczór tutaj ma znajomą twarz

Skomentuj