banner

Wspomnienia Karola Hurko, cz. 37

Rząd angielski, arystokracja i duchowieństwo było za tym, żebyśmy pozostali w Anglii i nie wracali do kraju, zaś robotnicy byli za naszym powrotem.

Żołnierze polscy, jak i inni żołnierze alianccy w czasie wojny pobierali wysokie żołdy, to też kto był oszczędny, to w przeciągu kilku lat zaoszczędził sobie pieniędzy, które były odprowadzone z wpłaconych na książeczki oszczędnościowe – do banku angielskiego. Teraz po zwolnieniu z wojska bardzo przydały się te oszczędności, bo niektórzy zakładali spółki, kupowali sklepy, domy itp. samodzielnie lub z Anglikami.

Polscy specjaliści, których było w wojsku polskim dość dużo, łatwo dostali zatrudnienie w angielskich zakładach pracy, przedsiębiorstwach, fabrykach i bardzo byli cenieni przez Anglików. Natomiast ci, co nie mieli żadnego zawodu i nie nauczyli się tam, nie mając wykształcenia, nie wiem w jakim celu tam pozostali. Czy ulegli psychozie, że niedługo będzie wojna i powrócą do kraju w innych okolicznościach, bo i taka była propaganda. Długo mieszkali w tych blaszanych beczkach, z dala od środowiska angielskiego, w nostalgii za krajem. Część z nich zmarła, pozostali później rozjechali się po Anglii przyjmując często nisko płatną pracę.

Wracając do osobistych przeżyć. Już w dniu 4 grudnia 1944 r. przejeżdżaliśmy Cieśninę Gibraltarską, a rano 5 grudnia wypłynęliśmy na Ocean Atlantycki. Ze względu na niemieckie łodzie podwodne, które czatowały na okręty sprzymierzonych, płynące z zaopatrzeniem do basenu Morza Śródziemnego, statek wiozący nas musiał daleko Atlantykiem okrążyć Hiszpanię i Portugalię. Najniebezpieczniejszy odcinek drogi wodnej płynęliśmy nocą.

8 grudnia na wysokości Zatoki Biskajskiej zerwał się silny sztorm. Fale wysokości kilkunastu metrów rzucały naszym statkiem jak łupiną orzecha. Statek trzeszczał w posadach. Zdawało się, że się rozsypie w kawałki i ta wzburzona otchłań pochłonie nas w głębiny. Żołnierze wypadli z łóżek, wszystko co nie było przymocowane przesuwało się po statku. Trwało to przez dwie doby i ustało, gdy już byliśmy blisko Anglii. Dobiliśmy szczęśliwie do angielskiego portu w południowej Anglii Southampton dnia 10 grudnia 1944 r.

Port w Southampton to wielka baza morska. Kilkaset statków wokół zatoki portowej było ładowanych lub rozładowywanych, skrzyp żurawi portowych, ryk syren, krzyk robotników, pisk mew tworzyło to niesamowity rejwach.

Ze statku przeładowaliśmy się na pociąg i wyjechaliśmy w kierunku północnym. 11 grudnia nocą przyjechaliśmy do Glasgow, a 12 grudnia pojechaliśmy do miasteczka docelowego Brechin. Tutaj wyładowaliśmy się z wagonów do autokarów i sanitarek i zostaliśmy przewiezieni o kilka kilometrów od stacji kolejowej do szpitala zbudowanego w czasie wojny pod nazwą Strakathro Hospital w hrabstwie Angus.

Położono mnie na oddziale urologicznym. Oddział mieści się w baraku. Leżało nas około 30 osób w jednej Sali. Przy ścianach stały łóżka, a środkiem szerokie przejście. Leżało nas tylko 3 Polaków, a pozostali to Anglicy. Ja jeden chodzący na obserwacji i dwóch leżących, jeden dopiero po operacji nerki, a drugi po wypadku samochodowym z połamaną miednicą i przerwanym przewodem moczowym. Ten ostatni nazywał się Pawłowski, był ożeniony z Angielką i znał dobrze ich język. Właśnie położono mnie przy nim, co na dobre mi wyszło, gdyż był dla mnie tłumaczem oraz uczyłem się przy nim angielskiego. Personel lekarski, pielęgniarski, jak i obsługa był do nas bardzo dobrze ustosunkowany. W normalny dzień na dyżurze był lekarz, siostra i dwie młodsze stopniem pielęgniarki, które pełniły obowiązki pielęgniarek i salowych. Lekarzy na oddziale było dwóch: ordynator urolog – chirurg i jego asystent młodszy lekarz. Obiady, kolacje i śniadania przywożono z centralnej kuchni, tutaj rozdzielano i wózkiem rozwożono.

Dumny z Polski

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

150. rocznica urodzin Władysława Reymonta (7 V 1867)

Skomentuj