banner

Wspomnienia Karola Hurko, cz. 38

24 grudnia po południu przyjechały pod szpital dwa autokary. Na salę weszła przedstawicielka zakładu porcelany w miasteczku Brechin i zaprosiła wszystkich żołnierzy, którzy chodzili na wieczór wigilijny, czyli jak to oni nazywali „party”.

Z całego szpitala pojechało nas dwa pełne autokary żołnierzy. Z Polaków tylko ja byłem na chodzie.

Zajechaliśmy na miejsce. Zaprowadzono nas na wielką salę i poproszono za stoły. Najpierw przemówił dyrektor zakładu składając wszystkim życzenia świąteczne, po czym zaśpiewano angielską kolędę. Druga część uroczystości to posiłek. Podano na gorąco smażoną rybę, ciasta faszerowane mięsem zalewane bulionem, różne słodycze i ciastka oraz herbatę. W międzyczasie śpiewano też kolędy.

Po posiłku poproszono nas do sali zabaw. Zaczęliśmy różne gry i zabawy oraz śpiewy. W każdej zabawie czy grze dostosowanej do wieczerzy wigilijnej całowano się. A jeszcze jest taki zwyczaj w Anglii w okresie świątecznym, że jeśli ktoś trzyma jemiołę nad głową mężczyzny siedzącego z niewiastą, to oni muszą się całować. Były też tańce. Wszyscy rozbawieni, zadowoleni, żegnani przez pracowników zakładu około północy wróciliśmy do szpitala. Tutaj nas przywitały pielęgniarki składając życzenia, rzucały się żołnierzom na szyję.

Następnego dnia Boże Narodzenie. Przed południem przyszli lekarze. Ordynator złożył nam życzenia, następnie przyniesiono na stół na półmisku całego indyka. Przy ogólnej wesołości ordynator po porcji każdemu, następnie zaśpiewano kolędy i zakończono uroczystość.

Do szpitala przychodziło dużo paczek od ludności angielskiej i z Ameryki. Otrzymałem i ja paczkę, na której było napisane „dla polskiego żołnierza”. Paczka ta pochodziła od Wiktorii Sosłowicz z Ameryki. W paczce był list, w którym prosiła o podanie, kto otrzymał paczkę, kogo mam w kraju i żeby podać ich adresy. Podziękowałem serdecznie za paczkę i podałem adres żony, brata i siostry. Wysłała starowina paczki dla wszystkich do Polski.

Przychodzili do szpitala Anglicy do swoich żołnierzy. Przychodzili również i tacy, którzy nie mieli w szpitalu nikogo, ot tak, do wszystkich. Wszyscy przynosili jakąś paczkę dla żołnierzy: czekolady, papierosy, różne ciasta, pomarańcze, cytryny. Częstowali wszystkich. Miałem wówczas w swojej szafce pełno wiktuałów, przeważnie papierosów, bo nie paliłem, czekoladek, których też nie mogłem jeść ze względu na chorobę nerek. Pomarańcze i cytryny mogłem jeść, to zapasów nie miałem. Papierosy i część czekolad oddawałem siostrze z Daudee, która miała pięciu braci i ojca palących. Wszystko woziła dla nich.

Codziennie słuchaliśmy komunikatów radiowych w języku polskim z Londynu, z odbiornika stojącego naprzeciwko mnie, po drugiej stronie korytarza, między łóżkami Anglików na szafce.

Jednego dnia podszedłem do radia i włączyłem, aby słuchać dziennika w języku polskim, bardzo nas interesowały wiadomości z frontu. Jeszcze nie zdążyłem dojść do swego łóżka, a już Szkot nazwiskiem Morton wyłączył odbiornik. Wróciłem i włączyłem ponownie, a gdy on wyłączył ponownie, bezpośrednio poszedłem do lekarza ordynatora na skargę mówiąc, że Morton nie pozwala nam wysłuchać komunikatu w języku polskim. Razem ze mną poszedł do niego i dał mu porządną wcierę, między innymi tak do niego mówiąc: „To oni (Polacy) przelewali krew za nas i za siebie, nie mają swojej ojczyzny, a wy im zabraniacie wysłuchać dziennika w języku polskim. Żeby mi się nie powtórzyło to więcej”. Odtąd mieliśmy spokój. Kiedy tylko chciałem włączałem radio, a Morton spoglądał na mnie wilkiem przez dłuższy czas.

Po miesiącu czasu już opanowałem sobie dużo wyrażeń angielskich, a pomógł mi w tym sąsiad Pawłowski.

Codziennie odbywała się szczegółowa wizyta lekarska. Lekarz pytał mnie czy ból nie przestaje mi dokuczać, a ja odpowiadałem, że nadal mnie boli w operowanej nerce, bo tak też było.

Rocznica założenia Akademii Krakowskiej (12 V 1364)

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

150. rocznica urodzin kardynała Adama Sapiehy (14 V 1867)

Skomentuj