banner

Wspomnienia Karola Hurko, cz. 9

Nad lotniskiem bardzo często przelatywały myśliwce niemieckie. Czasem nawet nisko. Rosjanie nie reagowali. Zbliżał się czerwiec, a z nim jeszcze większy pośpiech. Zarówno na cywilnych pracowników jak i jeńców wywierano nacisk, aby robili prędzej.

Na kilka dni przed uderzeniem Niemiec szosa biegnąca przy lotnisku była bardzo niespokojna. Bez przerwy ciągniki wożą amunicję różnych broni. Wkradł się jakiś niepokój i pośpiech, niesamowite poruszenie. W sobotę 21 czerwca pracuję na drugiej zmianie. Wieczorem przychodzimy do baraków i kładziemy się spać.

O brzasku dnia, w niedzielę 22 czerwca budzi nas kanonada bomb. To Niemcy zaatakowali stare lotnisko w Brodach. Żaden z samolotów tam stojących nie wystartował. Wszystkie spłonęły. Całkowite zaskoczenie. Wybuchy bomb zerwały nas ze snu. Wybiegamy przed baraki. Nareszcie się zaczęło. Radość wielka. Ściskamy się. Może to niedługo koniec niewoli.

Część samolotów niemieckich bombarduje las. Już wybucha amunicja w lesie. Za chwilę dwa Heinkle nadlatują nad nasze baraki. Strażnicy strzelają do naszych samolotów, a z wierzy strzelają z maszynowego karabinu. Samoloty zawracają, strzelają też z maszynowych karabinów, a przy bocianim gnieździe padają dwie bomby. Wali się i rozpryska bocianie gniazdo. Samoloty latają bezkarnie, żadnej obrony przeciwlotniczej, tylko z niskiego pułapu bombardują i ostrzeliwują. Wynik nalotu w obozie: czterech strażników, dwóch jeńców zabitych, a 12 jeńców rannych.

Gdy samoloty odleciały rannych zabrano do szpitala w Brodach, a zabitych pogrzebano. Zaczęliśmy organizować obronę przeciwlotniczą przez kopanie schronów pod barakami. Pozrywaliśmy podłogę i wkopaliśmy się w ziemię. Po godzinie 11 przyjechał do obozu naczelnik, nikogo nie zastał na wierzchu, byliśmy wkopani pod barakami w ziemię. Zarządził zbiórkę i oznajmił nam, że jutro wyruszamy do Brodów. Kazał rozdać zapas chleba i koców.

Następnego dnia, 23 czerwca, po obiedzie wyruszyliśmy do Brodów. Idziemy do wieczora i przez całą noc. Nad ranem, przed wschodem słońca dochodzimy do przedmieścia Złoczowa. Akuratnie w trakcie bombardowania tego miasta. Stacja kolejowa płonie. Kryjemy się do rowów przy szosie i w zbożu. Kilka samolotów leci w naszym kierunku. Padają bomby po szosie, ale przed nami i za nami. Zawróciły i ostrzeliwują z karabinów maszynowych, po czym odlatują. Pada rozkaz: „zbiórka na szosie”. Tym razem szczęśliwie ofiar nie widać. Maszerujemy dalej. Naraz po przeciwnej stronie Złoczowa rozgorzała walka i widać, jak z samolotu nie wiadomo jakiego pochodzenia wyskakują spadochroniarze. Strzelanina się wzmaga. Wówczas zmieniamy kierunek marszu. Omijamy Złoczów, wschodnią stroną maszerujemy polem, zostawiając miasto po prawej stronie. Tak doszliśmy do lasu sosnowego. Z przeciwnej strony Złoczowa słychać nadal strzelaninę. Nasi konwojenci są bardzo zaniepokojeni. Nam to wszystko jedno, czy u tego, czy u drugiego diabła w niewoli. Mówimy do konwojentów, że jesteśmy okrążeni przez Niemców, rzucajcie broń i uciekajcie.

Zatrzymali nas w lesie. Każą nam siadać. Sami porozumiewają się dyskretnie. Większość ich gdzieś odchodzi, pozostawiając tylko kilku z wycelowanymi w nas karabinami maszynowymi. Czyżby nas pozostawili? Co robić? Kilku z naszych niepostrzeżenie oddala się w las i chyba uciekają. Taka sytuacja trwa chyba godzinę, po czym zaczęli konwojenci wracać zdyszani i zdenerwowani. Rozkazują stawać czwórkami i przeliczają nas. Brak jest kilkunastu jeńców. Wtedy część konwojentów z wycelowana bronią pozostaje przy nas. Reszta rozbiega się w poszukiwaniu zbiegłych jeńców. Może kilku jeńcom udało się uciec, ale większość chyba pozostała w zbożu pod lasem, bo słychać było tam strzały. Zginął w tej ucieczce rotny nasz Brański z Krakowa. Za kilka dni powiedział nam o tym jeden konwojent.

Po godzinie czasu i pogoni za zbiegami, konwojenci zmęczeni i zdenerwowani powrócili. Stawiają nas czwórkami i maszerujemy, okrążając miasto, na wzgórze, gdzie lądowali spadochroniarze. Gdy czoło naszej kolumny weszło na wzgórze, zaczęły strzelać karabiny maszynowe w naszym kierunku. Rozkaz: „Padnij i cofnąć się do tyłu ze wzgórza”. Wysłano dopiero łącznika okrężną drogą do przodu, który po powrocie stwierdził, że były to oddziały sowieckie i że możemy maszerować dalej.

Minęliśmy wzgórze i weszliśmy na szosę biegnącą ze Lwowa, gdzie połączyliśmy się z grupą naszych jeńców z innego obozu.

Już o zmroku doszliśmy do Zborowa, gdzie mieliśmy nocleg. O świcie ruszyliśmy do Tarnopola. Przechodzimy przez Tarnopol i idziemy w kierunku granicy.

29 czerwca nocujemy w przygranicznym mieście – Podwołeczyskach. Bardzo raniutko wstajemy i maszerujemy dalej. Już dochodzimy do granicznego mostu. Przed mostem stoi duży krzyż z wizerunkiem Chrystusa. W połowie mostu granica. Przeszliśmy most, a tutaj już rosyjskie miasto Wołoczyska. Minęliśmy je i w lesie zatrzymaliśmy się na nocleg. Niemcy bombardują stację kolejową.

I tak co dzień, gdzie nocujemy, a rano maszerujemy dalej. Po drodze mijamy rozbite samochody. Kolej nie funkcjonuje, bo każda stacja rozbita.

Olewka

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Ankieta sprawozdawcza z lat 40. (odc. 12)

Skomentuj