banner

„Dobry” sąsiad

Dzisiaj Wacław Pawlina wspomina trudne, pierwsze miesiące II wojny światowej. W tym także powrót ojca z frontu, i to, jak szybko zainteresowała się jego mundurem administracja niemiecka…

Jak już wspominałem, byliśmy na początku II wojny doszczętnie spaleni. Zbiory, gospodarstwo – to wszystko poszło z dymem. Został tylko dom. Sąsiad pojechał w tym czasie, żeby mamie przywieźć furę siana. Tak więc konie z wozem były na łące, kiedy tutaj zaczęło się palić. Krowy były na pastwisku i też się uratowały.

Wieczorem to wszystko zjechało i mama musiała zająć się gospodarstwem. A nie mogła, bo brat najmłodszy był urodzony 10 lipca 1939 roku. A od 1 września wojna! Mama nie mogła go nosić w beciku, tylko w takim zawiniątku. Bo musiała jakoś to wszystko robić, i krowę wydoić itd. Tak się męczyła. Po tygodniu czasu od tego pożaru sąsiad mówi do mamy: Weź koni przy płocie nie trzymaj, bo słyszałem, że kradną. Przyjdą w nocy i ukradną.

Do domu była dostawiona sień i tam mama je schowała. Była to taka przybudówka. Potem ojciec zrobił z tego sień dopiero. Za jakiś czas dwóch polskich żołnierzy pojawiło się na podwórku: Proszę pani, my szukamy podwody. Maszerowali na wschód, tak jak duża część Polskiego Wojska, żeby przedostać się na Rumunię. Niemców jeszcze wtedy u nas nie było.

Ma pani konie? Mam. Gdzie te konie? W sieni, zamknęłam, bo słyszałam, że kradną. Oni chcieli, żeby jechać na furmance. Mama na to, że nie da rady. A gdzie mąż? No w wojsku!

Jak ten usłyszał, że mąż w wojsku, to przestał już mamie dokuczać. Bo to gdzieś w lesie stali, tam mieli karabiny, broń. Nie mogli tego przecież dźwigać. Podszedł do sąsiada, który stał obok: To pan pojedzie. A tamten: Nie, ja nie pojadę! Niech ona jedzie. No to on wtedy na niego skoczył. Tutaj dziecko, sama kobieta, mąż w wojsku. Żołnierz wziął sąsiada w obroty. W końcu zabrał ich i pojechali. W stronę Włodawy, czy Terespola. Nie wiem tego. W każdym razie kierunek na wschód.

Za jakiś czas sąsiad wrócił, ale miał cały czas pretensję do mamy, że on pojechał, a mia tylko jednego konia, a mama dwa, i nie pojechała. Ojciec wrócił 10 października. Wkrótce przyszło wezwanie, jak nazywaliśmy to ‘powiastka” już od okupanta. Żeby ojciec oddał swój mundur polskiego żołnierza. Ojciec z początku nie chciał tego zrobić. Była cała narada rodzinna, wraz z przyjaciółmi. Stwierdzili, że jak nie odda, to jeszcze jego samego zabiorą. A tym bardziej, jak się dowiedzą, że był frontowcem w 1920 roku. Zrobił to z wielkim bólem. Dla żołnierza oddać ten mundur to był nie honor, ale zaniósł to do magistratu.

Potem cały czas się zastanawialiśmy, kto tak pięknie na ojca doniósł, że zaraz wszystko administracja niemiecka o nim wiedziała. Podejrzewaliśmy o to naszego „dobrego sąsiada”. Dowodu nie ma, ale niechęć można wyczuć.

Talenta

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Sól futbolu