Dzieci wojny - RadzyńINFORadzyńINFO
banner

Dzieci wojny

W kolejnym odcinku wspomnień Wacław Pawlina opowiada o końcówce wojny, lotnisku i bombach. A także o niebezpiecznych zabawach młodzieży i o tym, co z tego wynikło.

Przed wojną lotnisko pełniło funkcję treningowo-cywilną. Nie było tu uzbrojenia, raczej były pokazy, skoki spadochronowe itd. Ale kiedy przyszli Niemcy i zajęli nasze tereny, zrobili tutaj lotnisko wojskowe. Wymalowali trzy pasy startowe w kierunku Zabiela. A obok tych pasów przywozili bomby wszelkiego rodzaju i układali na pryzmach. Kiedy samolot kołował po pasie startowym, obsługa podwieszała owe bomby. Uzbrojony samolot wzbijał się w powietrze w kierunku Zabiela, zawracał i leciał na wschód.

Wszystko to szło na Rosję. Oglądaliśmy te samoloty z pola. Były też nocne loty. Dużo tego było.

Tak było aż do czasu, kiedy nacierali Rosjanie. Gdy Niemcy mieli już dużego pietra, to uciekali czym się tylko dało. Ale bomby zostały. Pozostały na lotnisku niezabezpieczone i nikogo to nie obchodziło. Polskiej władzy jako takiej jeszcze nie było, a Ruscy gonili dalej. No i dorwały się do tego nasze chłopaczki. Mieli po 15, 16 lat. Chodzili tam i wynosili miny oraz inne rzeczy, rzucali, detonowali.

Draństwo to trochę było. Gromadami tak ci chłopcy latali. Kilku zginęło. Jeden z nich przyniósł minę aż pod dawne PKO, tam, gdzie potem była „Polonia”. No i wybuchła mu, rozerwało go na kawałki. Drugi znowu, taki już starszy Lutek, przyniósł kilka min na kierkut (obok współczesnego komunalnego cmentarza). Postawił na kamieniu jedną taką minę i chciał ją zdetonować. Ale Niemcy mieli różnego rodzaju miny – z opóźnionym zapłonem, albo miny-pułapki, itd. Postawił na kamień i mina stoi. Chłopaczki pochowali się gdzieś za kamieniami. Ale mina nie wybucha! Lutek się zerwał. Gdy był już blisko tego kamienia, wtedy mina zdetonowała tuż przed nim.

Obie ręce mu urwało, brzuch poharatało. Zaraz dali znać do szpitala, ale rąk mu nie uratowali. Tylko pozszywali skórę na kikutach. No i co – kaleka! Dziecko wojny. Trzeba było chodzić do szkoły. Nauczyciele mu mówili: Ucz się! Tak on dopiero zrozumiał, że zamiast chuliganić, to trzeba się uczyć. Oczywiście miał pomoc. Pomagało mu społeczeństwo i państwo. Miał porobione specjalne ortopedyczne opaski, do których za pomocą zębów wkładał ołówek i pisał. W ten sposób poszedł na politechnikę i został inżynierem budowlanym. Pracował w budownictwie, a gdy był już starszy przyszedł do technikum i został nauczycielem. Tak się skończyło chuligaństwo pana Lutka.

Szatan

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Radny Jakubowski. Krytyka rzeczywista czy „pijar”?

Skomentuj