banner

Dżulak

Kolejny odcinek wspomnień niezawodnego pana Wacława Pawliny. Kontynuujemy wątki, które pojawiły się we wspomnieniu o powojennej maturze…

Warto powrócić do poprzedniego odcinka przed kontynuacją lektury…

Jak już wspominałem, na maturze ustnej egzaminował mnie pan Dżulak. Ten sam, który namalował mi kredą dziewczynkę z końskim łbem. Ów pan, pracując na Politechnice Gliwickiej, uczył także i u nas, a prywatnie miał swoje hobby. Mianowicie zajmował się budową silniczków do modeli samolotów. Silniczek taki był na eter – musiał być samozapłon. Owe silniki wykonywał mu pracownik huty im. 1 Maja w Gliwicach, podobny jak on pasjonat modeli. W hucie były różnorodne działy produkcji. Dżulak przynosił nam te maleństwa, pokazywał i zachęcał, żeby się tym zainteresować.

Taki silniczek był wielkości pudełka od zapałek. Zwierzał mi się nieraz. Nie miał czasu pójść do huty, żeby poodbierać te swoje rzeczy. Więc mnie wysyłał, żebym miał to przy sobie, kiedy on przyjdzie do nas, do szkoły. Powiedział do kogo się zgłosić. Tak z ulicy nie można się było od razu dostać, tylko trzeba było załatwić przepustkę. Ale później to już mnie znali i wpuszczali i bez tego.

Dżulak chciał zbudować taki model samolotu, żeby cały jego kształt był zarazem zbiornikiem paliwa. Obliczał i robił próby. Chciał zrobić ten silnik tak, żeby wytrzymał pracę na przelot z najdalej wysuniętego cypla Europy aż do brzegów Ameryki. Chciał po prostu przelecieć Atlantyk. Czy on tego dokonał? Nie wiem.

Też się później wszystkiego czepiali. Dżulak to był lwowiak. Mówiliśmy do niego „Panie adiunkcie”. Szanowaliśmy go, to był dobry człowiek.

Znowuż ja się zainteresowałem tą hutą. Produkowali tam zestawy kolejowe – oś z kołami, które się wkładało do wagonów. Ale produkowała szersze, do Rosji. Ot tak popatrzeć, to co – koło, no tak! Ale Ty wiesz, jaka to technologia skomplikowana? Przecież ten pierścień, który się toczy po szynie, to nie jest już całe koło. Znowuż jest taka tarcza, która jest osadzona na osi. To wszystko skomplikowane, trudno wytłumaczyć.

Kiedy już to było wykończone, kładli to jak gdyby na takie ceramiczne „pieńki”, do których był podłączony prąd. Wewnątrz pieńków była spirala i nagrzewały się. Na to był położony pierścień, który się rozgrzewał, żeby go rozszerzyć. Wtedy nakładano go na główne koło, a on stygł.

Jaka ta technologia była ciekawa! Stałem tam nieraz i obserwowałem. Notatek żadnych nie wolno było robić.

Robili to dla Rosji. Niech i by dalej robili! A tu nagle hasło: Zlikwidować! Nie ma już huty. Ile to wysiłku, ile ludzkiej myśli potrzeba było, by tak to pracowało i było ładnie urządzone. W Gliwicach był port. Ustawiali wszystko na barkę i rzeką Odrą do Szczecina… Część towaru szła i koleją.

Fotofelieton a propos

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Komentarz tygodnia

Skomentuj