banner

Młyny, część 1

Kolejna część wspomnień Wacława Pawliny. Dziś zaczynamy wątek o młynach wodnych. Na początek o młynie w Borowem.

W szkole zawodowej byliśmy na rozrachunku własnym. Aby warsztaty mogły się utrzymać, przyjmowaliśmy wiele różnych zleceń. Na przykład gdzieś w latach 60. zgłosił się do nas pewien pan z Melioracji Międzyrzec. Zaproponował mi, żebyśmy wykonali urządzenia do podnoszenia zastaw na rzece. Oni odbudowywali mosty, śluzy przy wiejskich, wodnych młynach. Zaczęliśmy współpracę od młyna w Borowem. Postawili tam most i śluzy, a myśmy robili redukcje, drabinki do podnoszenia… Bo przecież tego ręką nie podniesiesz pod naporem wody.

Jak wyglądała regulacja wody? Rzeka musiała być przegrodzona, a tylko jedną zaporą czy śluzą młynarz regulował przepływ i puszczał na turbinę, żeby się kręciła. Pięknie żeśmy to wykonali. Reduktor z przekładnią ślimakową, żeby nie trzeba było dużo siły do podnoszenia. Melioracja wybudowała most, wybetonowała to i powstawiała wykonane przez nas elementy.

Tak więc młyn bardzo ładnie pracował. Właścicielem był tam Kuba Karczewski. Bardzo ładnie utrzymywał w porządku ten młyn. Ludzie do niego przyjeżdżali i miał dużo przemiału. A turbina, która była w wodzie, napędzała młyn. Prócz tego była jeszcze podłączona taka jakby bateria elektryczna. Jak to dokładnie się nazywa – tego nie wiem. W każdym razie było podłączone.

Tam w Borowem było wtedy tylko trzy domy. Domy miały oświetlenie, bo woda stale ciekła i turbina się kręciła. Tak wytwarzała prąd dla domów. Mało tego, pan Karczewski zrobił przy moście słup drewniany i na drugim końcu wsi też. Powiesił żarówki i oświetlało to teren, żeby można było swobodnie wjechać na most. Bardzo tam było przyjemnie. Lubiłem tam jeździć jeszcze i po tym, jak skończyliśmy zlecenie. Choćby po to, żeby posłuchać sobie, jak ta woda szumi w młynie, pospacerować. Pan Karczewski był to fajny chłop. Mówił: „Przywieź pszenicę, to ci mąkę zrobię”. Nieraz tak robiłem – pół metra pszenicy. Współcześnie się wszystko kupuje, ale kiedyś to w domu się gniotło makaron.

Dopóki pan Karczewski żył, to wszystko tam chodziło jak w zegarku i było czyściutko. Tam i rybka, i wędkarze… Dzisiaj już Karczewski nie żyje, wszystko to zarośnięte…

Ciąg dalszy nastąpi…

Przeczytaj też inne teksty o działalności szkoły zawodowej:

O bramie w Pałacu | O bramach w parku | O domku na stawie

Ach, co to był za festiwal…

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Na krańcu świata, cz. 22

Skomentuj