banner

O konspiratorach i donosicielach

Kolejna część wspomnień pana Wacława Pawliny. Dzisiaj o tym, jak różne drogi wybierali Polacy w czasie II wojny światowej. Podczas gdy jedni walczyli o wolność, inni zostawali kolaborantami…

Jak wiadomo, podczas okupacji niemieckiej były dwa ośrodki działania AK. Pierwszy obwód to wileński, a drugi – lubelski z centrum w lasach w Kąkolewnicy. Dowódcą był tam Konstanty Witkowski, ps. „Miller”. Z kolei w lasach Makoszki niedaleko Parczewa był okrąg Batalionów Chłopskich.

Działali także i na terenie Radzynia. Niemcy wiedzieli oczywiście o tych zgrupowaniach i dlatego w naszym mieście zorganizowali bardzo dużą grupę gestapowców. Było ich tutaj początkowo więcej niż w Lublinie. Było czterech najbardziej groźnych: Adolf Dykow, Antoni Neumann, Franek z Psem i Krótki. Byli to po prostu okrutni ludzie, sadyści.

Partyzantka AK była tutaj bardzo zorganizowana. Mieli swój sąd i wydawali wyroki na kapusi, którzy współpracowali z Niemcami. Partyzanci mieli nawet własny wywiad i swoje wtyczki w Gestapo. Nie dawali się!

Trzeba było kogoś obsadzić w Arbeitsamcie (niem. Urząd Pracy). Potrzebny tam był chłopak z partyzantki, żeby pracując oficjalnie dla okupanta zbierał informacje i ostrzegał konkretne osoby przed planowanymi wywózkami na roboty do Niemiec.

Taką właśnie rolę spełniał Kazimierz Bąk. Był to wielki zgrywus i wesoły chłopak. Pracując dla Niemców ostrzegał jednocześnie wielu Polaków, którzy wówczas uciekali stąd lub ukrywali się. Ale przeskarżyła go taka jedna Krystyna, donosicielka pracująca dla gestapowca Neumanna. Zabrali Kazika, a jako groźnego przestępcę wywieźli go prosto na Pawiak i tam wkrótce stracili.

Wielu cywilów współpracowało z gestapowcami. Głupie kobiety, które za parę złotych wskazywały na daną osobę. Przychodził taki Dykow, zabierał i wywozili ich – czy na Majdanek, czy do Oświęcimia, czy na sam Pawiak.

Za okupacji trzeba było pracować. Inaczej od razu było się podejrzanym. Ówczesny starosta radzyński, pan Bocheński, ulokował pewnego starszego pana jako kierownika młyna na Międzyrzeckiej. No i jedna z dziewczyn coś tam doniosła na niego do Gestapo. Przyszli w nocy i zabrali go do aresztu. Żona z początku nie wiedziała, co robić. Rano pozbierała pierścionki, wzięła też złoty zegarek i z takim zawiniątkiem udała się do Fischera, komendanta Gestapo. Przyjął ją. Ona weszła, położyła mu tobołek na stole i powiedziała krótko: – Niech mi pan odda męża! On siedział i patrzył się na to wszystko. Po chwili, która wydała jej się bardzo długa, odezwał się w końcu: – Niech wyjedzie! Złoto przyjął, a popołudniu jej męża wypuścili. Pan starosta napisał dla niego pismo, że przenosi go z młyna w Radzyniu do Czemiernik.

W ten sposób uratował się ów pan i jego rodzina. Do końca wojny przepracował w małym młynie w Czemiernikach. Przeżyli w chałupce z pokojem i kuchnią z żoną i dwojgiem dzieci. Po wojnie wyjechali na Zachód.

Ciąg dalszy nastąpi…

Przeczytaj także poprzednią część wspomnień…

Twarzowa cenzura

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Rekonstrukcja czy dekonstrukcja?

Skomentuj