banner

O Żydach – cz. 1

Kolejny odcinek wspomnień pana Wacława Pawliny. Dzisiaj o żydowskich gettach i karawanie furmanek z Radzynia do Międzyrzeca.

Było getto żydowskie w Radzyniu. Mieściło się ono na obszarze od ul. Dąbrowskiego, obok ul. Pocztowej, aż do tej, która kiedyś nazywała się 3-go Maja, gdzie było przedszkole. Teren ten był oddzielony drutami kolczastymi. Niemcy po jakimś czasie przesiedlali część Żydów do Międzyrzeca, do tamtejszego getta.

Rolnik, który miał konie i wóz, dostawał z magistratu jak to się mawiało powiastkę, czyli pismo, że dnia tego i tego ma się zgłosić tu i tu z furmanką, na której mają być przygotowane dwa siedzenia i obrok dla konia na cały dzień. Wszystko odbywało się kosztem Polaków.

Ojciec miał tego starego konika, pojechał do getta i czekał. Siedział na wozie, podczas gdy młodsi rolnicy zaganiali na swoje. Żydzi wychodzili z mieszkań i wsiadali na fury. Ojciec został na końcu.

Wreszcie z jednego mieszkania wychodzi starsza para z walizeczką – pan z żoną.

Dzień dobry! – mówi do ojca. – Dzień dobry panie Antoni!

Co się okazało – że był to pan Ciepieliński, właściciel tego dużego młyna na ul. Międzyrzeckiej. Ojciec będąc rolnikiem tam nieraz jeździł przerabiać zboże na mąkę dla siebie, zemleć dla świń itd. Także po prostu się znali.

Tak więc ów pan Ciepieliński wsiadł na furmankę z żoną – więcej nikt. Oni z tyłu, ojciec z przodu. Latał tam Niemiec i taka policja żydowska, tak nazywano porządkowych w getcie. Oni tym kierowali.

Ojciec zaś wyjechał na ul. Międzyrzecką, gdzie utworzyła się karawana – fura za furą. Co raz na którejś tam furze siedziało dwóch Niemców i pilnowali. Było to pod ścisłym nadzorem niemieckim.

Tak jechali do Międzyrzeca. W międzyczasie pan Ciepieliński dyskutował z ojcem. I mówił: – Panie Antoni, ja u takiego a takiego Tadeusza zostawiłem sporo rzeczy. M.in. zostawiłem mu encyklopedię 6-tomową oprawioną w skórę. Niech pan się zwróci do niego, niech on to panu odda. Bo on to nie umie się tym posługiwać.

A ojciec: – Panie, ten człowiek tego nie odda!

Takie były rozmowy. Dojechali do Międzyrzeca. A tam przed bramą getta dużo tych fur, bo widocznie i z innych miejscowości dojeżdżali. Ale słychać strzały. Ojciec podszedł bliżej. A tam w bramie stał pijany Niemiec. 4 policjantów żydowskich obsługiwało go. Jak fura stała w bramie, to on od razu strzelał do Żydów. Ojciec popatrzył na to i zastanowił się. W pistolecie było chyba 7 strzałów. Jak Niemiec wystrzelał naboje, to ta policja żydowska mu ładowała. Ojciec – i kilku innych – wyczekał taki moment, że jak oni zaczęli ładować, to konia za mordę (bo gospodarz musiał konia za mordę prowadzić) i przeprowadził wóz przez bramę. Tak wjechali do getta pod jakiś dom. Pan Ciepieliński z żoną wysiedli. Ciepieliński zaczął dziękować ojcu, że ten po prostu uratował im życie. Na jak długo – tego nikt nie wiedział.

Getto w Międzyrzecu Podlaskim. Maj 1943

Długo nie mogli rozmawiać, bo latała ta policja żydowska czwórkami. Tylko popędzali, żeby jechać dalej, wyjeżdżać drugą bramą. Niemiec na bramie w końcu przestał strzelać i się uspokoiło. Policjanci żydowscy krzyczeli, żeby jechać dalej. A ojciec na to do jednego z nich: – Panie, miałeś pistolet w ręku i nie wiedziałeś co z nim zrobić? W sensie, że powinien strzelić do Niemca. A tamten na to: – Panie, a może ja przeżyję.

Wyjechali za getto i znowu formowali kolumnę fura za furą. Jadąc już w stronę Radzynia przejeżdżali przez las w Grabowcu. I tam takie młode chłopaki żydowskie prosiły ojca: – Panie, zabierz nas do Radzynia. A ojciec na to: – Ja cię mogę zabrać, tylko jak daleko?

Bo to co i rusz samochód niemiecki z karabinem maszynowym przejeżdżał i pilnował tych furmanek. Jak zobaczyli, że ktoś siedzi to zatrzymywali i pytali, kto to. Ale było powiedziane, żeby ci chłopcy zostali w jakimś tam punkcie, nie kręcili się i wieczorem przyjdzie ktoś z partyzantki, nakarmi ich. I tak było. Później tam ktoś przyszedł wieczorem, pozbierał ich. Nie zaprowadzili ich do kwatery, tylko zrobili gdzieś indziej ognisko, dali im jeść. Później ojciec się dowiedział, że część z nich kierowała się na Warszawę, ale dwóch zostało z partyzantami. Co potem się działo, to nie wiem, bo jak to na wojnie – urwało się.

Tak się skończyła ta karawana wywózki do Międzyrzeca. Ojciec wrócił i opowiadał. Był też taki Marian, który mieszkał kiedyś na Gwardii. Miał z 17 lat i był jako furman na podobnej wyprawie. I Niemiec zastrzelił mu Żyda na wozie. Chłopaczyna przeżywał to długi czas. Nie chciał już na szarwark (przymusowe roboty) jeździć.

Trójca Święta

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Jak ugotowano ludzi Zachodu?