banner

Wspomnienie szkolno-maturalne

Tegoroczne matury powoli dobiegają końca. Przy tej okazji zapytałem pana Wacława o jego wspomnienia z egzaminu dojrzałości. Okazało się, że to temat rzeka. Zapraszamy do lektury!

W okresie powojennym każdy chciał się uczyć i ja tak samo. W Słupsku skończyłem szkołę zawodową i dowiedziałem się, że w Gliwicach jest dobre technikum. Pojechałem tam i zdałem egzamin, a wielu tam odrzucali. Był egzamin pisemny i ustny. Pamiętam do tej pory jedno z pytań, jakie dostałem, bo człowiek to przeżywał: – A prawo Archimedesa!? Musiałem mu wszystko wyśpiewać.

Przyjeżdżała młodzież w różnym wieku. Byliśmy przygotowywani do wykonywania zadań w przemyśle ciężkim. Technikum mieściło się w Gliwicach, na ul. Łabędzkiej. Było to już za miastem, w poniemieckich koszarach. Na korytarzu były jeszcze takie wnęki i stopki na karabinki. A my mieszkaliśmy w salach po 10 chłopa. Choroba, bałagan! Ludzie z różnych części Polski.

Na część mieszkalną dla technikum był zajęty jeden taki barak. A w drugim były znowuż sale wykładowe. Był też plac, w piłkę trochę kopaliśmy. W trzecim, małym bloku była stołówka. Tutaj lataliśmy na śniadania i obiady. Jak dzwonek wybrzmiał koło drugiej godziny, to się leciało najpierw do mieszkalnego po łyżkę, kubek i dopiero na obiad. Tak wyglądało życie prywatne.

W życiu służbowym, szkolnym, było trochę rygoru. Uczyć się trzeba było, a nie mieliśmy żadnych podręczników. Gdy ktoś miał w okresie powojennym podręcznik, to był wielki rarytas.

Technikum było pod opieką Politechniki Gliwickiej. Wszyscy wykładowcy byli stamtąd. Tutaj przychodzili na wykłady. Przedmioty trwały albo rok albo pół roku. Były takie i po dwie godziny na raz, bo nauczyciel nie miał czasu, musiał tam wracać. A wszystkiego przecież człowiek nie zapamięta. Trzeba było notować. Ale zeszytów też nie było! Kupowaliśmy papier w kratkę duży, A3. Składało się na połowę, dziurkaczem, i wpinało się w skoroszyt. I tak zapisało się i wpinało, i tak w kółko. Do każdego przedmiotu oddzielny skoroszyt.

Na tablicy wykładowca robił rysunek, szkic,  później do niego nawiązywał. To i ja musiałem tak samo naszkicować na szybko. Pismo moje było jak taki wężyk, tak, że nie każdy mógł to przeczytać. Ale każdy tak robił. Tak wyglądała nauka.

Dzisiaj to rodzice stoją nad dzieckiem i mówią: Ucz się! Kanapkę weź! Wtedy nie było żadnej kanapki, żadnego zeszytu. Chcesz się uczyć? To bardzo proszę.  Warunki były. A wykłady były tak interesujące i tak ciekawe, że gdy przez otwarte okno wpadł na salę komarek, to słychać było jego bzyczenie. Tak młodzież była zainteresowana zdobywaniem wiedzy. A to dlatego, że wykładowcy, którzy tam wykładali, byli to inżynierowie, którzy przed wojną kończyli Politechnikę Lwowską. Byli to przeważnie stamtąd ludzie. Umieli nas zainteresować. Umieli tę naukę sprzedać. Nie tak, że odwalił byle jak, aby było. Trudno mi nawet w tej chwili oddać słowami atmosferę, jaka tam wówczas panowała. Człowiek po prostu sam lgnął do tego, wchłaniał wiedzę.

Był tam i język polski, i matematyka, no i przedmioty zawodowe. Ja nastawiłem się na te ostatnie. Bo ładnie rysowałem. Odkryłem w sobie talent do rysunku technicznego. Potem utarło się, że musiałem pierwszy wykonać rysunek w grupie. Na różnego rodzaju arkuszy się rysowało, nawet A0. Ja umiałem to wszystko ładnie rozmieścić, tak, że było estetycznie i nadawało to mojemu rysunkowi wygląd. To po mnie inni chłopcy mieli wzór.

Zaliczanie przedmiotu wyglądało tak, że albo wóz, albo przewóz. Taki na przykład pan Baran z ręką w kieszeni zrobił wzór na tablicy i mówił: Proszę mi to obliczyć. Liczę i liczę, po czym on: Dziękuję bardzo, to jest tyle, co dobry. Drugi na ten przykład idzie i liczy, a słyszy: Dziękuję, to jest tyle, co niedostatecznie. Tam innych ocen nie było. Umiałeś, albo nie. No, może nie wszędzie. Z polskiego to tam wiesz. Ale z tych przedmiotów technicznych, na które się nastawiłem, to tak było.

Warto jeszcze wspomnieć o tym, jak przychodził profesor, starszy już pan o nazwisku Wilk, i wykładał nam język polski. Jak nam wykładał Pana Tadeusza! Cytował. Prawie całego Pana Tadeusza znał na pamięć. Gdy profesor Wilk mówił, to nikt się nawet nie poruszył na krześle. Tak chłonęliśmy po wojnie naukę.

Aż przyszło nam zdawać matury. Pamiętam, że ustną zdawałem 24 maja. Poszczególne przedmioty pisemne były wcześniej: z matematyki, z polskiego itd. To już było pozaliczane, a później ogólnie ustny egzamin. Była komisja, każdy dawał swoje pytanie. Z tym, że mi zadawał pytania głównie techniczne pan adiunkt Politechniki Gliwickiej. Dał mi temat do obliczenia takiego dźwigu-żurawia. Dużo było liczenia, ale płynnie pisałem wzory i wyliczyłem. Podziękował. Na tablicy została jeszcze kupa miejsca w prawym rogu. Na to on wziął kredę i narysował nią popiersie dziewczynki trzymającej na ręku rumianki, białe kwiaty. A z tyłu paszcza końska sięga po te kwiatki. Masz, mówi, to w nagrodę! Podziękowałem. Postawił mi wtedy bardzo dobry.

Ale za to dostateczny postawił mi inny człowiek, polityk partyjny, z zagadnień politycznych. Ja tak tego nie lubiłem! Nienawidziłem wręcz. Bo stąd pochodziłem i wiedziałem swoje. Także ich nauki nie wchodziły mi do głowy, spływało to po mnie. Ten jeden stopień zaważył na końcowej ocenie.

Zakończyliśmy nauki i zbieraliśmy się do domu. Mówię: Chłopcy, trzeba się pożegnać z panem wychowawcą. On widział, że jesteśmy do niego pozytywnie nastawieni, nie chuligani. Ja jemu podaję rękę i mówię: Dziękuję za opiekę, że pan się nami interesował i opiekował. A on wtedy: Wiecie chłopcy, muszę wam powiedzieć prawdę. Ja jestem z UB, ja was pilnowałem. Ja miałem was obserwować.

Jak ja to usłyszałem, że wychowawca jest z UB, nie mogłem dalej rozmawiać. Zaniemówiłem. Pomaleńku walizkę wziąłem, a kolega poszedł mi załatwiać nakaz pracy do Łabęd. Ja sam nie mogłem – zdrętwiałem. Tylko mi kolega mówił: – Wacek, idź po nakaz! A ja na to: – Pieprzę to…

Wziął dla mnie nakaz i przyjechałem do domu na wakacje. Pracowałem w Łabędach na desce jako konstruktor. Na początku było nas chyba z 18. Później na deskach zostało nas trzech, a reszta poszła na warsztat, do produkcji. Tak parę lat pracowałem, aż w końcu wróciłem do Radzynia i tutaj już zostałem.

Problemy z RODO, czyli historia pewnej regulacji

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Ocalić od zapomnienia

Skomentuj