banner

Zastępstwo

W drugim miesiącu pracy w gimnazjum, Belfer dostał propozycję zastąpienia na 3 tygodnie pewnej historyczki w nieodległej podstawówce. Owa propozycja miała formę desperackiej prośby tamtejszej dyrektorki, która nie miała kim załatać miejsca historyka, po nagłym wybyciu nauczycielki tego przedmiotu do sanatorium. Naturalnie Belfer zgodził się i przyjął ofertę tych sześciu godzin tygodniowo w owej podstawówce.

Co prawda odwykł od pracy z takimi maluchami, ale szybko nadrobił czas, który minął przez te 6,5 roku od praktyk w szkole podstawowej. Nawet dość szybko złapał z uczniami dobry kontakt. Szczególnie z klasami V i VI.

Pierwsza z nich była naprawdę osobliwa – uczęszczało do niej tylko 7 osób (7 dziewczynek). Z tego względu lekcje u nich prowadziło się bardzo sprawnie – niemal indywidualnie. Toteż – z uwagi na szybkie zrealizowanie (wyczerpywanie) materiału – pod koniec chyba każdej z nich (zgodnie z życzeniem uczennic), grali w kalambury. Naturalnie o tematyce bardzo zbliżonej do tej poruszanej na lekcji. Znacznie ożywiało to atmosferę w wyjątkowo zimnej pracowni, tudzież aktywizowało uczennice. Szczególnie angażowała się jedna Martynka, która chciała mieć niemal monopol w dzierżeniu kredy i rysowaniu ją. Kiedy zaś Belfer wyznaczał do tego zadania jej koleżanki, dziewczę strasznie się oburzało.

Pewnego razu nawet, w ramach protestu, wlazło na ławkę – jakby chciało się w ten sposób podnieść do poziomu swego nauczyciela. Lecz ów, nie zważając na ten desperacki krok, schwycił drobne dziewczę i po prostu zdjął ją z wyimaginowanej mównicy. Totalnie zaskoczona takim obrotem sprawy piątoklasistka, piszczała w niebogłosy, zaś cała klasa była tym niemniej przerażona. Jednak nie złamało to ich sympatii do swego zastępczego historyka, czego dowodem był podarowany mu przez żeńską siódemkę ołówek – gdyż akurat nie miały czego innego pod ręką, co mogłyby mu wręczyć, w charakterze pożegnalnego upominku.

Co zaś się tyczy rok starszych uczniów, to lekcje u nich były bardziej zwyczajne. Co nie zmienia faktu, iż oni również polubili Belfra. Jak wielka to była sympatia, okazało się na ostatnich dwóch dodatkowych lekcjach, o które historyk został poproszony przez tamtejszą panią dyrektor (już po pożegnaniu się z zastępczymi uczniami). Otóż gdy przybył do nich jeszcze raz, uczniowie ucieszyli się okrutnie. Ktoś nawet stwierdził: „Dobrze, że pan wrócił, bo jak pan wyszedł od nas z lekcji w piątek, to Julka i Paulina płakały za panem.” Reakcja obydwu „płaczek” była znamienita, bowiem pierwsza zaatakowała informatora, a druga po prostu spuściła zakłopotany wzrok.

Jednak ich radość nie trwała zbyt długo, bowiem tym razem były to ostatnie lekcje u nich. Dzieciaki żegnały Belfra z rozrzewnieniem i (tak jak ostatnio) dłużej niż zwykle machały do niego przez okna, kiedy ów odjeżdżał spod szkoły.

O boisku na Bulwarach

NASTĘPNY ARTYKUŁ »

Przedwojenne wędrówki radzyńskiego harcerza. Cz. 1 Od Radzynia do Zakopanego i z powrotem

Skomentuj